I któżby spodziewał się, że ta fantastyczna, super młodzieżowa aktorka jest... przesądna, że wierzy w przeznaczenie i w UFO! Wprost marzy także, by wszyscy dowiedzieli się, że lubi... kolor czarny. Czyżby ją pociągały jednak ciemne i tajemne siły magiczne?
Przy tym wszystkim ta drobna blondynka z krotko strzyżonymi włosami jest typem dziewczyny całkowicie nowoczesnej. Raczej trudno wyobrazić Ją sobie z kaskadą loków do pasa! Niezwykła dynamika sylwetki i szybkość ruchów zapewne uniemożliwiałaby jej zrobienie najprostszego kroku.
I jeszcze jeden znamienny rys tej postaci. Choć ma za sobą nie tak znów ogromny dorobek i nie wypełnia nam tygodniami seriali telewizyjnych, to jednak jest Dorota Stalińska już powszechnie znana. Zapamiętuje się ją szybko, a chyba też nieprzypadkowo znalazła siew zeszłym roku - jako jedyny aktor - na liście dwudziestu Wybitnych Młodych Polaków. Co o tym zadecydowało? Jej ładna, lecz przecież nie szokująca urodą buzia? Siła wyrazu środków aktorskich? Temperament? Pracowitość? Co skłania widzów do przyglądania się Dorocie Stalińskiej? Odnajdują w niej typową dziewczyną swoich czasów, czy też upragniony ideał?
Stalińska jest typem aktorki, która marzy o karierze artystycznej „niemal od urodzenia". „Zanim przyszłam do szkoły teatralnej - wyznała - to już osiem lat pracowałam w tym kierunku". Rozpoczynała w Zespole Żywego Słowa w Wojewódzkim Domu Kultury w Gdańsku i, co ciekawe, dziś przygodę tę nazywa pracą. A gdy w roku 1976 kończyła Studia, miała już za sobą rolą w Teatrze Sensacji w sztuce braci Strugackich „Hotel pod poległym alpinistą", a także w telewizyjnym filmie Agnieszki Holland „Niedzielne dzieci", kilka doświadczeń dubbingowych, jak również dwie pozycje sceniczne w Teatrze Na Woli: rolę małej Lutzie w „Pierwszym dniu wolności" Leona Kruczkowskiego oraz Marquitty (praca dyplomowa) w „Goyi" Antonio Buero Vallejo, w spektaklu przygotowanym przez Andrzeja Wajdę. W Teatrze Na Woli już pozostała. Nie bez przyczyny. Widać rektor warszawskiej PWST uznał ją za wyjątkowo zdolną, a jak sama z szelmowskim uśmiechem przyznała... nie mogła zrezygnować z szansy „wejścia do historii teatru". W roku 1978 historię tę zaczęła prężnie zapełniać, grając w „Podróży po Warszawie" R.M. Grońskiego, w „Życiu Galileusza" Brechta i w „Ulicy sytych" Zegadłowicza, w r. 1979 to tempo nieco się zwolniło, wystąpiła na scenie tylko jako Zofia w „Damach i huzarach" Fredry.
Równocześnie zaczęła się kariera filmowa Stalińskiej. Z początku otrzymywała role epizodyczne lub drugoplanowe („Człowiek z marmuru" Andrzeja Wajdy, „Wesela nie będzie" Waldemara Podgórskiego. „Roman i Magda" Sylwestra Chęcińskiego. „Droga daleka przed nami" Władysława Ślesickiego), aż wreszcie doczekała się aktorka roli pierwszoplanowej. Już wkrótce zobaczymy ją w filmie Barbary Sass - „Bez miłości", jako młodą dziennikarkę zmagającą się z przeciwnościami losu i własnego nieposkromionego charakteru.
Jednak już rolą Majki w wywołującym sporne opinie, choć ciekawie pomyślanym utworze „Roman i Magda" Stalińska pokazała swoje filmowe możliwości. Pojawia się zaledwie w dwu względnie niedługich epizodach. W obu potrafiła nadać swej bohaterce wiarygodność i siłę wyrazu, dokonując niełatwej, gruntownej metamorfozy zagranej postaci. Zrazu pewna siebie, jest nowoczesną dziewczyną i jako studentka wygłasza awangardowe hasła (i nie tylko wygłasza) na temat daleko posuniętej swobody obyczajowej. Ma to być program jej życia. Natomiast po upływie paru (filmowych) lat przeobraża się w postać zahukanej, a jakże, pani domu, zagubionej wśród prania, zmywania, sprzątania, otoczonej chmarą latorośli. Trzeba przyznać, że taka rola świadczy o dużym zaufaniu ze strony reżysera, bo taśmy na cieniowanie postaci miała aktorka do dyspozycji niewiele...
Lecz to zaledwie fragment tej artystycznej biografii. Młoda aktorka pracuje aktywnie również w związkach zawodowych oraz w Kole Młodych SPATiF-u. Ale i to jeszcze niepełny portret Stalińskiej. Jej żywiołem, bowiem zdaje się być monodram. Dopiero w tej formie spektaklu ujawnia się niespokojna natura i poświęcenie blondynki lubującej się w spodniach i... czarnym kolorze.
Monodramy samodzielnie opracowuje, reżyseruje i wygłasza na konkursach, by następnie „zachapać" jedną z głównych nagród i kilkadziesiąt razy pojeździć po kraju, demonstrując swe osiągnięcia zawsze z tą samą wielką pasją, niezależnie od rodzaju napotkanej publiczności. „Utalentowana aktorka młodego pokolenia (...), która walcząc z przeciwnościami losu, aury i techniki (odwołano lot, to znów awaria samochodu) dojechała do nas z dobowym opóźnieniem i zrobiła wszystko, aby przekonać publiczność, że warto było czekać"- tak pisał zachwycony recenzent wrocławski po prezentacji ..Utraconej czci Katarzyny Blöm" według Henricha Bölla, za którą Stalińska otrzymała w zeszłym roku na Ogólnopolskim Festiwalu Teatru Jednego Aktora w Toruniu jedną z głównych nagród, dodajmy zresztą, że to już tradycja, gdyż w obu latach poprzednich brała w tej rywalizacji również najwyższe trofea.
Układa monodramy samodzielnie, gdyż pragnie wyrazić trudne sprawy człowieka od siebie, natomiast tak chętnie interpretuje je na scenie, ponieważ jest to jedna z najtrudniejszych form aktorstwa, już choćby z tego względu, że trzeba utrzymać uwagę widzów co najmniej przez godzinę. Największą wszakże dla Stalińskiej satysfakcją są poczynione przez nią postępy. Ma się aktorka czym pochwalić. Otrzymała rektorską nagrodę przyznawaną absolwentom PWST za osiągnięcia w ciągu pierwszych dwu lat pracy na scenie.
Stalińska przygotowuje własne monodramy także jakby wskutek własnej niecierpliwości!... Nie potrafi i nie chce ona czekać, aż zostanie dostrzeżona. Pomaga jej w tym - rozpierająca energia. „Jestem rzeczywiście zachłanna i na pracą i na życie - powiada o sobie całkiem otwarcie - doszłam już dawno do wniosku, że czasu ciągle brakuje i najczęściej rozmywa się on w oczekiwaniach. Na coś. Nie potrafię siedzieć bezczynnie".
Kim właściwie jest Dorota Stalińska - powtórzmy to pytanie. Dziewczyną typową naszych czasów, czy też upragnionym ideałem swego pokolenia?