Kino „moralnego niepokoju”, które spotkało się z dużym uznaniem i sympatią znacznej części krytyki w roku ubiegłym, nadal owocuje dziełami znaczącymi i godnymi uwagi. Do nich należy przede wszystkim tegoroczny debiut kinowy Barbary Sass „Bez miłości", który nie tylko stanowi kontynuację tego nurtu, ale również po części jego rozwinięcie. Szczególnie jeśli chodzi o tak zwaną kwestię kobiecą. Już sam fakt, że główną bohaterką w tym filmie jest kobieta, stawia pod znakiem zapytania dotychczasowe zarzuty pod adresem twórców kina „moralnego niepokoju", że bohaterki ich filmów są postaciami anemicznymi i mało znaczącymi. W filmie Barbary Sass rzecz się ma zgoła odwrotnie.
„Bez miłości" to zresztą obraz złożony, a w dzisiejszej sytuacji nabierający jakby dodatkowych znaczeń. Nie bez powodu społeczeństwo nasze bacznie przygląda się dziennikarstwu. Na jego temat i ludzi wykonujących ten zawód, wytworzyło się sporo mitów, do których filmowcy także się po części przyłożyli. Osławiony redaktor Maj jest może najbardziej drastycznym, ale przecież nie jedynym przykładem. A w sytuacji, kiedy dziennikarstwo nie tylko ma szansę odegrać swą właściwą rotę, ale także odzyskać społeczne zaufanie, film Barbary Sass stanowi niejako przy okazji dobry punkt wyjścia dla dyskusji.
Bohaterka jest bowiem młodą dziennikarką, której ambicją jest zrobienie wielkiej kariery. To sposób na życie kobiety wymuszony poniekąd jej wcześniejszymi doświadczeniami, wśród których niepoślednią rolę odgrywa zawód miłosny. Dziewczyna postanawia żyć właśnie „bez miłości" kierując się w swoich działaniach niemal wyłącznie wyrachowaniem. Na koniec zresztą ponosi klęskę, co jest niejako koronnym argumentem, że wbrew kobiecej naturze postępować nie sposób, a także jednym z argumentów na to, że utwór ten został zrealizowany z „kobiecych" pozycji, przez kobietę zresztą.
Oczywiście moglibyśmy w tym miejscu abstrahować od profesji tej kobiety, gdyż problem, który film porusza wydaje się ogólniejszy. Ale właśnie w tym układzie społecznym, w takich a nie innych realiach, nabiera szczególnej ostrości. Bo przecież zaspokojenie ambicji i aspiracji bohaterki odbywa się niejako kosztem innych ludzi. Jest to tym bardziej odrażające, że kosztem ludzi bezbronnych i ufnych, jak chociażby robotnicy, mieszkanki hotelu robotniczego, której zdjęcie zamieszczone w poczytnym tygodniu pociągnie za sobą próbę samobójstwa. Nie można jednak twierdzić, że główna bohaterka tego filmu jest kobietą z gruntu złą. To raczej takie a nie inne doświadczenia tak właśnie ją ukształtowały i kiedy jej koncepcja zrobienia kariery poniesie fiasko, kto wie czy nie będziemy mieli do czynienia już z kobietą gruntownie odmienioną.
„Bez miłości" zdobył całkiem zasłużenie kilka nagród na filmowych festiwalach (w Gdańsku i w Mannheim). Jest to film bardzo dynamicznie reżyserowany; widać w nim niejako fascynację autorki amerykańską szkołą reżyserii, z której przyswoiła sobie chyba wszystkie najlepsze jej strony. Bardzo ciekawe jest także aktorstwo odtwórczyni głównej roli, Doroty Stalińskiej, ekspresyjne, wyraziste, czasem nawet przywodzące na myśl kreację Krystyny Jandy w „Człowieku z marmuru", jedną z najlepszych ról kobiecych w naszych filmach ostatniego czasu. Obraz godny obejrzenia.
Ale jednocześnie jako kolejna pozycja sławnego nurtu w naszym kinie, „Bez miłości" trochę mnie rozczarowuje. Bo przecież twórcy tego kina wielokrotnie obiecywali, że w swoich filmach pójdą jeszcze dalej, głębiej. Że nie poprzestaną na analizie, a dojdą do syntezy, że następnym etapem doraźnej publicystyki filmowej będą dzieła o głębszym ładunku artystycznym. Czy film Barbary Sass odpowiada tym deklaracjom? Otóż w moim odczuciu nie w pełni. Może zresztą zbyt dużo wymagam od debiutanckiego obrazu, który – na co wskazałem wcześniej - niejako naprawia błędy poprzedników ukazując postać kobiecą z krwi i kości w jej najgłębszych psychologicznych i etycznych uwikłaniach. Obraz ten dodatkowo wydaje się bardzo klarowny, bez potknięć i błędów warsztatowych, jakie zdarzały się we wcześniejszych filmach twórców nurtu kina „moralnego niepokoju". Ale jednocześnie jawi się dość zasadnicze pytanie, czy od twórców tego nurtu nie należy wymagać czegoś więcej, tego chociażby, co było zawarte w ich słownych deklaracjach. Przecież dużego talentu im wszystkim po kolei bynajmniej nie brak. Także Barbarze Sass, w odniesieniu do której żałować należy, że dopiero teraz zdecydowała się na pełnometrażowy debiut kinowy, mimo że jej wcześniejsze dokonania, a również ostatni film, świadczą o niewyeksploatowanych pomysłach i znacznych pokładach ludzkiej wrażliwości.
Barbara Sass nosiła się z zamiarem zrealizowania filmu o mężczyźnie - opowiedzianym jednakże z punktu widzenia kobiety. Pomysł się zmienił -będzie film o trzech kobietach, w życiu których mężczyzna też istnieje. Jest to niewątpliwie szansa poszerzenia i pogłębienia optyki nurtu, do którego reżyserka wpisała się swoim debiutem. Czy jednak będzie to nadał kino „moralnego niepokoju"? W dzisiejszej sytuacji trudno cokolwiek przewidzieć. Kino nie stanowi w tym względzie bynajmniej wyjątku.