Dorota Stalińska, wybitna aktorka teatralna i filmowa, gościła niedawno w Bydgoszczy, gdzie w klubie „Jupiter” spotkała się z widzami. Oto skrócony zapis jej opinii, będących odpowiedziami na zadawane pytania.
POCZĄTKI. Świadomość wyboru przyszłego zawodu narodziła się wcześnie. Konsekwentne działania doprowadziły do urealnienia młodzieńczych marzeń. Pierwszym - niezwykle istotnym, jak podkreśla D. Stalińska - etapem wiodącym do przyszłej kariery aktorki teatralnej i filmowej było uczestnictwo w ruchu amatorskim. Była to znakomita szkoła obycia ze sceną oraz - co bardzo ważne - szkoła dykcji. Te podstawowe arkana zawodu przydają się na następnych etapach edukacji. Kolejny - to szkoła teatralna.
SZKOŁA. Wokół jej roli w kształceniu przyszłych aktorów narosło już sporo, mitów. Uważa się, że szkoła niszczy autentyczne talenty, nie daje przygotowania do wykonywania przyszłego zawodu. Tezę tę zdają się potwierdzać niektórzy wybitni aktorzy, którzy z uczelnią byli na bakier. D. Stalińska stwierdza natomiast, iż „dar boży nie wystarczy", potrzebna jest ciężka praca. Cały okres studiów można przejść bez większego wysiłku, ale te kilka lat można także wykorzystać intensywnie, poświęcając je na rozwój odporności psychicznej, sprawności fizycznej, wykształcenie podstawowych profesjonalnych umiejętności. To nie stanowi balastu, przydaje się zawsze w przyszłej pracy. Szkoła - wbrew niektórym opiniom – daje każdemu tyle, ile potrafi z niej „wyciągnąć". Ale zależy to już od dobrej woli każdego studenta, bowiem warunki ku samodoskonaleniu się uczelnia stwarza dobre.
PRAWDZIWE POCZĄTKI. Już po III roku studiów Tadeusz Łomnicki wybitny aktor i pedagog, a jednocześnie dyrektor nowo powstałego warszawskiego Teatru na Woli zaproponował D. Stalińskiej współpracę z tą sceną. Był to prawdziwy „chrzest bojowy" - liczna publiczność, niełatwe role, towarzystwo renomowanych aktorów. Debiut wypadł dobrze, o czym świadczy fakt, że prezentowane tam kreacje zakwalifikowano jako przedstawienia dyplomowe. Z pierwszą pracą wiążą się także pewne elementy humorystyczne. D. Stalińska zdobyła sobie np. miano „córki" Łomnickiego. Dlaczego? Ano dlatego, że w kilku spektaklach wcielała się w sceniczne postacie młodych kobiet, których ojców grywał właśnie len wybitny aktor. Swoistym„sprawdzianem bojowym" młodej adeptki sceny była taka oto sytuacja: w „Pierwszym dniu wolności" Leona Kruczkowskiego, w pewnym (ważnym) momencie z kranu powinna popłynąć woda. Niestety, mimo maksymalnego odkręcenia kurka, nie pojawiła się ani jedna kropla. A scena wymaga umycia się przez bohaterkę! Cóż wobec tego robi trochę skonsternowana, ale nic nie tracąca z przytomności umysłu aktorka? Ratuje się stojącym opodal czajnikiem. Sęk jednak w tym, że jest on wypełniony wrzątkiem... I z takimi niespodziankami musi sobie poradzić aktor na scenie. Okres prący w Teatrze na Woli (z którego odeszła przed dwoma laty) wspomina D. Stalińska bardzo dobrze. Mimo że było na tej scenie dużo pracy, można było znaleźć czas na monodram.
MONODRAM. Po odejściu z Teatru na Woli, aktorka nie związała się już na stale z żadną sceną. Poświęciła swój czas na występy w filmie i w monodramach. Skąd wzięło się zainteresowanie tą formą (dodajmy - bardzo trudną) teatralną? „Chciałam być samodzielna" — stwierdza D. Stalińska. Pierwszy wybór padł na „Tabu", według Jacka Bocheńskiego. Spektakl ten przyniósł jej dużo sukcesów. Posypały się zaproszenia, ku zaskoczeniu aktorki, z całego kraju. Stąd decyzja o przygotowaniu następnych monodramów, również uwieńczonych "laurami. Jeszcze o motywach wyboru tej formy teatralnej. Mówi się, iż monodramy grywa ten, kto ma dużo wolnego czasu. Jest to mniemanie z gruntu błędne. Jeśli ktoś odczuwa potrzebę mówienia od siebie, to - zdaniem D. Stalińskiej - zawsze znajdzie czas na monodram. Poza tym, jest to surowy sprawdzian dla aktora, uczy bowiem bezpośredniego obcowania z tekstem oraz - co bodaj ważniejsze - z publicznością. W takim intymnym kontakcie można jeszcze czasem (chociaż z trudem) ukryć mielizny tekstu, niemożliwe są, jednak do ukrycia niedostatki w umiejętnościach aktorskich. Od pewnego czasu D. Stalińska przestała jednak grywać w monodramach. Pochłonął ją, bowiem film.
ROLE FILMOWE. Film to kolejny etap aktorskiego wtajemniczenia, również obfitujący w sukcesy. Aktorka debiutowała w „Człowieku z marmuru", w reżyserii Andrzeja Wajdy (wcześniej spotkała się z nim w teatrze), w roli na razie epizodycznej. Olbrzymim sukcesem D. Stalińskiej stało się zagranie głównej roli w filmie „Bez miłości'', w reżyserii Barbary Sass-Zdort. Stworzona tutaj postać młodej, zachłannej na sukcesy dziennikarki korespondowała w jakiś sposób z kreacją w filmie „Roman i Magda", w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego. Za film „Bez miłości" aktorka otrzymała nagrodę im. Zbigniewa Cybulskiego przyznawaną corocznie dla najciekawszego młodego polskiego aktora. Zaczęto jednocześnie mówić o pewnym, specyficznym typie postaci prezentowanym na ekranie przez D. Stalińską: współczesna, młoda dziewczyna w dżinsach, pełna dynamizmu, mająca jasno określony cel w życiu i potrafiąca go realizować przy pomocy różnorodnych środków. Czy w filmie „Bez miłości" zagrała po prostu siebie? Każdą postać obdarza się swoimi cechami osobowości - odpowiada. Ta bohaterka była blisko jej -(aktorki) trybu życia oraz myślenia o życiu. Zapewne też dlatego wybrała ją do swego filmu młoda reżyserka B. Sass -Zdort. Wprawdzie - jak oświadcza D. Stalińska - lepiej pracuje się na planie filmowym z mężczyznami, ale (mimo iż, rzadko reżyser osiąga pełne porozumienie z aktorem) z B. Sass - Zdort współpraca od początku układała się dobrze. To wzajemne zrozumienie jest o tyle istotne, że stwarza możliwość szybszej pracy nad filmem. Tak właśnie dzieje się w kolejnych (dwóch) wspólnie realizowanych filmach. Scenariusz ostatniego, zatytułowanego „Krzyk" napisany został specjalnie (co jest w naszej kinematografii rzadkością) dla D. Stalińskiej. Czy istnieje potrzeba odpoczynku od ról współczesnych? Chodzi o kreację w filmie „Miłość ci wszystko wybaczy", w reżyserii Janusza Rzeszewskiego.
POMYŁKA? Niezręcznie jest kończyć takim kontrowersyjnym akcentem, ale aktualność ma swoje prawa. Sporo namiętnych polemik wśród recenzentów, a także i widzów wywołał w ostatnich miesiącach film. „Miłość ci wszystko wybaczy", w której D. Stalińska kreowała rolę legendarnej Hanki Ordonówny (tak to powszechnie przyjęto, chociaż autorzy filmu protestują - zresztą dość naiwnie - przeciwko takiemu rozumieniu filmu). Scenarzyście zarzucono m. in. przeinaczenia życiorysu głównej bohaterki, reżyserowi - zafałszowanie klimatu epoki oraz potknięcia techniczne, aktorce wreszcie — brak podobieństwa (!) do bohaterki. Co na to D. Stalińska? Oświadczyła, że nie żałuje tego występu, wprawdzie tej roli nie zaliczy do wielkich, ale pozwoliła jej ona na zdobycie wielu doświadczeń, które będą procentować w przyszłości. Nie wszystkie role są wielkie, nie wszystkie „wychodzą" tak, jak by się tego chciało. „Chciałam - powiedziała aktorka - wyjść z dżinsów i zagrać postać dziewczyny z innego okresu. Portret kobiety, która uwikłana została w takie, a nie inne losy, a nie Ordonki !". Film wypadł źle od strony technicznej - twierdzi D. Stalińska - do czego przyczyniło się najbardziej „zlepienie" dwóch różnych skal głosu: aktorki i wykonawczyni partii wokalnych, Hanny Banaszak. Zapewne i ten film pozostanie we wdzięcznej pamięci wielu widzów. A że nie był to wielki sukces artystyczny? Może przyniosą go kolejne filmy D. Stalińskiej.
Aktorka zapowiada również, na razie nieśmiało, powrót do monodramu, z którym chciałaby przyjechać do Bydgoszczy, Czekamy!