Dorota StalińskaPrasalata 80 - te

Dorota Stalińska o swoich rolach

Dorota Stalińska, wybitna aktorka teatralna i filmowa, gościła niedawno w Bydgoszczy, gdzie w klubie „Jupiter” spotkała się z widzami. Oto skrócony zapis jej opinii, będących odpowiedziami na zadawane pytania.

POCZĄTKI. Świadomość wy­boru przyszłego zawodu narodzi­ła się wcześnie. Konsekwentne działania doprowadziły do ureal­nienia młodzieńczych marzeń. Pierwszym - niezwykle istotnym, jak podkreśla D. Stalińska - etapem wiodącym do przyszłej kariery aktorki teatralnej i fil­mowej było uczestnictwo w ru­chu amatorskim. Była to znako­mita szkoła obycia ze sceną oraz - co bardzo ważne - szkoła dykcji. Te podstawowe arkana zawodu przydają się na następ­nych etapach edukacji. Kolejny - to szkoła teatralna.

SZKOŁA. Wokół jej roli w kształceniu przyszłych aktorów narosło już sporo, mitów. Uważa się, że szkoła niszczy autentyczne talenty, nie daje przygotowania do wykonywania przyszłego za­wodu. Tezę tę zdają się potwier­dzać niektórzy wybitni aktorzy, którzy z uczelnią byli na bakier. D. Stalińska stwierdza natomiast, iż „dar boży nie wystarczy", po­trzebna jest ciężka praca. Cały okres studiów można przejść bez większego wysiłku, ale te kilka lat można także wykorzystać in­tensywnie, poświęcając je na rozwój odporności psychicznej, sprawności fizycznej, wykształcenie podstawowych profesjonal­nych umiejętności. To nie stano­wi balastu, przydaje się zawsze w przyszłej pracy. Szkoła - wbrew niektórym opiniom – daje każdemu tyle, ile potrafi z niej „wy­ciągnąć". Ale zależy to już od do­brej woli każdego studenta, bo­wiem warunki ku samodoskona­leniu się uczelnia stwarza dobre.

PRAWDZIWE POCZĄTKI. Już po III roku studiów Tadeusz Łomnicki wybitny aktor i peda­gog, a jednocześnie dyrektor no­wo powstałego warszawskiego Teatru na Woli zaproponował D. Stalińskiej współpracę z tą sce­ną. Był to prawdziwy „chrzest bojowy" - liczna publiczność, niełatwe role, towarzystwo reno­mowanych aktorów. Debiut wy­padł dobrze, o czym świadczy fakt, że prezentowane tam krea­cje zakwalifikowano jako przed­stawienia dyplomowe. Z pierwszą pracą wiążą się także pewne ele­menty humorystyczne. D. Staliń­ska zdobyła sobie np. miano „córki" Łomnickiego. Dlaczego? Ano dlatego, że w kilku spektak­lach wcielała się w sceniczne po­stacie młodych kobiet, których ojców grywał właśnie len wybit­ny aktor. Swoistym„sprawdzia­nem bojowym" młodej adeptki sceny była taka oto sytuacja: w „Pierwszym dniu wolności" Leo­na Kruczkowskiego, w pewnym (ważnym) momencie z kranu powinna popłynąć woda. Niestety, mimo maksymalnego odkręcenia kurka, nie pojawiła się ani jed­na kropla. A scena wymaga umycia się przez bohaterkę! Cóż wobec tego robi trochę skonster­nowana, ale nic nie tracąca z przytomności umysłu aktorka? Ratuje się stojącym opodal czaj­nikiem. Sęk jednak w tym, że jest on wypełniony wrzątkiem...  I z takimi niespodziankami musi sobie poradzić aktor na scenie. Okres prący w Teatrze na Woli (z którego odeszła przed dwoma laty) wspomina D. Stalińska bar­dzo dobrze. Mimo że było na tej scenie dużo pracy,   można było znaleźć czas na monodram.

MONODRAM. Po odejściu z Teatru na Woli, aktorka nie związała się już na stale z żadną sceną. Poświęciła swój czas na występy w filmie i w monodra­mach. Skąd wzięło się zaintereso­wanie tą formą (dodajmy - bar­dzo trudną) teatralną? „Chciałam być samodzielna" — stwierdza D. Stalińska. Pierwszy wybór padł na „Tabu", według Jacka Bocheń­skiego. Spektakl ten przyniósł jej dużo sukcesów. Posypały się za­proszenia, ku zaskoczeniu aktor­ki, z całego kraju. Stąd decyzja o przygotowaniu następnych mono­dramów, również uwieńczonych "laurami. Jeszcze o motywach wy­boru tej formy teatralnej. Mówi się, iż monodramy grywa ten, kto ma dużo wolnego czasu. Jest to mniemanie z gruntu błędne. Jeśli ktoś odczuwa potrzebę mówienia od siebie, to - zdaniem D. Sta­lińskiej - zawsze znajdzie czas na monodram. Poza tym, jest to surowy sprawdzian dla aktora, uczy bowiem bezpośredniego ob­cowania z tekstem oraz - co bo­daj ważniejsze - z publicznością. W takim intymnym kontakcie można jeszcze czasem (chociaż z trudem) ukryć mielizny tekstu, niemożliwe są, jednak do ukrycia niedostatki w umiejętnościach aktorskich. Od pewnego czasu D. Stalińska przestała jednak gry­wać w monodramach. Pochłonął ją, bowiem film.

ROLE FILMOWE. Film to ko­lejny etap aktorskiego wtajemniczenia, również obfitujący w sukcesy. Aktorka debiutowała w „Człowieku z marmuru", w reży­serii Andrzeja Wajdy (wcześniej spotkała się z nim w teatrze), w roli na razie epizodycznej. Olbrzymim sukcesem D. Stalińskiej stało się zagranie głównej roli w filmie „Bez miłości'', w reżyserii Barbary Sass-Zdort. Stworzona tutaj postać młodej, zachłannej na sukcesy dziennikarki ko­respondowała w jakiś sposób z kreacją w filmie „Roman i Mag­da", w reżyserii Sylwestra Chę­cińskiego. Za film „Bez miłości" aktorka otrzymała nagrodę im. Zbigniewa Cybulskiego przyzna­waną corocznie dla najciekawsze­go młodego polskiego aktora. Za­częto jednocześnie mówić o pew­nym, specyficznym typie postaci prezentowanym na ekranie przez D. Stalińską: współczesna, młoda dziewczyna w dżinsach, pełna dy­namizmu, mająca jasno określony cel w życiu i potrafiąca go reali­zować przy pomocy różnorodnych środków. Czy w filmie „Bez mi­łości" zagrała po prostu siebie? Każdą postać obdarza się swoimi cechami osobowości - odpowia­da. Ta bohaterka była blisko jej -(aktorki) trybu życia oraz myśle­nia o życiu. Zapewne też dlatego wybrała ją do swego filmu młoda reżyserka B. Sass -Zdort. Wprawdzie - jak oświadcza D. Stalińska - lepiej pracuje się na planie filmowym z mężczyznami, ale (mimo iż, rzadko reżyser osią­ga pełne porozumienie z aktorem) z B. Sass - Zdort współpraca od początku układała się dobrze. To wzajemne zrozumienie jest o ty­le istotne, że stwarza  możliwość szybszej pracy nad filmem. Tak właśnie dzieje się w kolejnych (dwóch) wspólnie realizowanych filmach. Scenariusz ostatniego, zatytułowanego „Krzyk" napisa­ny został specjalnie (co jest w naszej kinematografii rzadkością) dla D. Stalińskiej. Czy istnieje potrzeba odpoczynku od ról współczesnych? Chodzi o kreację w filmie „Miłość ci wszystko wybaczy", w reżyserii Janusza Rzeszewskiego.

POMYŁKA? Niezręcznie jest kończyć takim kontrowersyjnym akcentem, ale aktualność ma swoje prawa. Sporo namiętnych polemik wśród recenzentów, a także i widzów wywołał w ostat­nich miesiącach film. „Miłość ci wszystko wybaczy", w której D. Stalińska kreowała rolę legen­darnej Hanki Ordonówny (tak to powszechnie przyjęto, chociaż autorzy filmu protestują - zresz­tą dość naiwnie - przeciwko ta­kiemu rozumieniu filmu). Scena­rzyście zarzucono m. in. przeina­czenia życiorysu głównej boha­terki, reżyserowi - zafałszowanie klimatu epoki oraz potknięcia techniczne, aktorce wreszcie — brak podobieństwa (!) do bohater­ki. Co na to D. Stalińska? Oświadczyła, że nie żałuje tego występu, wprawdzie tej roli nie zaliczy do wielkich, ale pozwoli­ła jej ona na zdobycie wielu do­świadczeń, które będą procento­wać w przyszłości. Nie wszystkie role są wielkie, nie wszystkie „wychodzą" tak, jak by się tego chciało. „Chciałam - powiedzia­ła aktorka - wyjść z dżinsów i zagrać postać dziewczyny z inne­go okresu. Portret kobiety, która uwikłana została w takie, a nie inne losy, a nie Ordonki !". Film wypadł źle od strony technicznej - twierdzi D. Stalińska - do czego przyczyniło się najbardziej „zlepienie" dwóch różnych skal głosu: aktorki i wykonawczyni partii wokalnych, Hanny Bana­szak. Zapewne i ten film pozostanie we wdzięcznej pamięci wielu wi­dzów. A że nie był to wielki suk­ces artystyczny? Może przyniosą go kolejne filmy D. Stalińskiej.

Aktorka zapowiada również, na razie nieśmiało, powrót do monodramu, z którym chciałaby przy­jechać do Bydgoszczy, Czekamy!  

 

Dorota Stalińska o swoich rolach filmowych i teatralnych
Gazeta Pomorska, 13.06.1982
Andrzej Krzywicki