Dorota StalińskaPrasalata 80 - te

Ekran - wywiad

Jest aktorką Teatru Na Woli. Zagrała dotychczas w filmach „Niedzielne dzieci" Agnieszki Holland, „Roman i Magda" Roma­na Załuskiego, „Ślad na ziemi" Zbigniewa Chmielewskiego. Os­tatnio kreuje główną rolę w reali­zowanym przez Barbarę Sass-Zdort filmie „Bez miłości". Wy­stępowała w trzech monodra­mach: „Tabu" według Bocheńskiego, „Żmii" na podstawie Alek­sego Tołstoja i „Utraconej czci Katarzyny Blom" według Bolla.  

Może zabrzmi to banalnie - mówi Dorota Stali­ńska - ale już jako dziecko wiedziałam, że musze zostać aktorką. Uważam się za szczęśliwą, bowiem to robię, co lubię, a to jest chyba najważniejsza sprawa w życiu każdego człowieka. Praca w naszym zawodzie daje wiele satysfakcji, ale przynosi bardzo często i przykre niespodzianki. Nie wiem, czy już uodporniłam się na wszelkiego rodzaju porażki. Być może nie zaznałam ich wiele. Pracuję dopiero cztery lata. Warszawską PWST ukończyłam w roku 1976...

Miała Pani trochę szczęścia. Nie każdy kończąc studia otrzymuje od razu pracę w Warszawie i propozycje zagrania w filmie...

Być może, że miałam szczęście. Po raz pierw­szy zagrałam w filmie będąc na IV roku studiów. Prawie w tym samym czasie otrzymałam etat w nowo powstałym Teatrze Na Woli. Niemniej uważam, nie chcę być zarozumiała, że w zawodzie aktora nie ma szczęścia bez pracy i tak zwanego daru niebios. Wyznaczyłam sobie pięć lat na sprawdzenie siebie i swoich możliwości. Jest to wystarczająco długo, by uwierzyć w sens uprawiania aktorstwa.

Czy to znaczy, że gdyby wszystko potoczyło się inaczej zrezygnowałaby Pani?

Szczerze mówiąc nie wiem, czy potrafiłabym wycofać się. Na tym polega chyba tragedia wielu aktorów, którzy nie grają, a jednocześnie nie chcą zrezygnować ciągle czekając i wierząc, że coś się w ich zawodowym życiu odmieni. Ja jednak należę do osób bardzo niecierpliwych. Nie potrafię czekać, aż ktoś mnie zauważy, zaproponuje rolę.

Czy efektem owej niecierpliwości są monodramy, które Pani realizuje?

Pierwszy monodram „Tabu" zrobiłam w rok po skończeniu studiów. Po prostu w pewnym momen­cie zapragnęłam wyłącznie sama decydować o kształcie mojej roli, być reżyserem, aktorem i dy­rektorem „własnego teatru". Wiedzieć, że tylko ode mnie zależy ostateczny kształt spektaklu i tylko ja jestem za niego odpowiedzialna. Odpowiedzialność daje satysfakcją, ale czasami przytłacza.

Nie miała Pani przecież żadnego doświad­czenia?

Oczywiście, to było pewne ryzyko. Podjęłam się realizacji monodramu, chociaż nie bardzo wiedzia­łam, jak się do tego zabrać. Niewiele tego typu spektakli w życiu widziałam. W zasadzie wszystko robiłam na wyczucie, nie będąc do końca przekona­na, czy jest to dobre i słuszne. Okazało się, że tak.

Przyniósł on Pani nagrodą na Ogólnopolskim Festiwalu Teatru Jednego Aktora w Toruniu.

I doświadczenie, które wykorzystałam przy rea­lizacji następnych monodramów, a przede wszystkim przekonałam się jak bardzo potrzebny jest taki teatr. Moje spektakle mogę pokazywać nie tylko w Starej Prochowni czy w Adekwatnym, ale w każ­dym domu kultury, w małych miasteczkach, nawet na wsi. Stąd liczne wyjazdy w teren. Mam swoją publiczność i to jest dla mnie najważniejsze. Często są to ludzie, którzy po raz pierwszy zetkną się z żywym teatrem. Wiem, że muszę ich na tyle zainteresować, by odnieśli wrażenie, iż taki teatr, choć ubogi w środki, to wspaniała przygoda.

Należy chyba wspomnieć, że za drugi monodram "Żmija" otrzymała Pani główną nagrodą na tymże samym festiwalu w Toruniu. Czy Istnieje jakaś zbieżność tematy­czna realizowanych przez Panią spektakli?

W zasadzie każdy mówi o czymś innym, ale wszystkie można byłoby sprowadzić do jednego problemu - niemożliwości porozumienia się między ludźmi i dramatów, jakie z tego wynikają. Każdy człowiek ma własne sprawy i nie zawsze może, lub co gorsza, często nie chce zrozumieć drugiego człowieka. Wszystkie trzy teksty starałam się prze­nieść na grunt naszej rzeczywistości. Odbiorca musi mieć świadomość, że podobne doświadczenie mo­że przydarzyć się każdemu.

Jakie miejsce w Pani pracy zajmuje realizacja tego typu spektakli. Są uzupełnieniem czy dodatkiem do pracy w teatrze i filmie?

Są tak ważne, jak gra w teatrze czy filmie, chociaż nie ukrywam, że szansę realizacji wszelkich moich zamierzeń znalazłam właśnie w monodra­mach. Sprawiają mi największą frajdę, dają możli­wość mówienia o sprawach ważnych, skomplikowa­nych, a jednocześnie są sprawdzianem nie tylko moich umiejętności aktorskich, ale i reżyserskich.

Ostatnio bardzo wiele mówi się o systemie kształce­nia aktorów. Prawie w każdym wywiadzie, szczególnie z młodymi aktorami, pada pytanie, na ile szkoła przygoto­wuje do zawodu? Pozwoli Pani, że I ja zapytałam: co dały Pani studia?

Można sformułować wiele zastrzeżeń w sto­sunku do naszego systemu nauczania. Chociażby brak teatru w szkołach aktorskich. Z nikogo jednak nie zrobi się geniusza, jeśli nie będzie miał zapału do pracy, silnej woli, talentu, i jeśli nie będzie przekona­ny, że naprawdę lubi to, co robi.

Czy zdradzi Pani swoje plany na najbliższą przy­szłość?

Aktualnie pracuję nad główną rolą w filmie „Bez miłości". Potem wyjeżdżam do Afryki, to pry­watna podróż. Sądzę, że kilka miesięcy, które tam spędzę, wykorzystam na przygotowanie kolejnego monodramu. Proszę wybaczyć, że nie zdradzę po­mysłu. Jestem przesądna, boję się zapeszyć.  

 
Dorota Stalińska
Ekran, 15.VI.1980
Rozmawiała: Maria Rajczuk