Jest aktorką młodą, ale już ze sporym stażem. Zna ją Polska imprezowa - jeździ ze spektaklami Teatru Jednego Aktora. Swoje monodramy przygotowuje starannie, dobiera ostre teksty, tnące. Zadebiutowała w Teatrze na Woli tuż po jego otwarciu w „Pierwszym dniu wolności", była wtedy jeszcze studentką IV roku. Naprawdę - to, co nazywa się karierą, wejściem w świat, przebiciem, podbiciem widowni, czyli zwróceniem na siebie uwagi et caetera, zaczęło się dla niej teraz, w filmie Barbary Sass „Bez miłości".
Jej Ewa, bohaterka filmu, to kreacja. Duża. Prawdziwa. Aż i nawet porównywalna z wieloma rolami uznanych aktorek w filmach zachodnich. Dorota Stalińska ma już po tym filmie swoje miejsce w krajowym panteonie filmowych osobowości, postaci obdarzonych życiem, barwą osobistą, nerwem, postaci osobnych, z własną filozofią. Miała Stalińska duże szczęście, że znalazła się wreszcie w naszym filmie rola kobieca - to po pierwsze, a po drugie, że ta rola wyraża część prawdy o czasach, w jakich żyjemy. Nie najbardziej reprezentatywną, ale nie skłamaną. Takie kobiety, jak Ewa Doroty Stalińskiej, hodowało ostatnie dziesięciolecie. Ich zastępy powolutku rosną. Powiększa je bezwzględne życie i jego tak zwane konieczności: walka o byt, przewaga kobiet, wilcze stosunki między ludźmi, mała pula przywilejów do rozdania dla silniejszych i bardziej wytrzymałych, egoizm mężczyzn i nieodpowiedzialność kobiet, rozpad rodziny, kłamstwo jako norma.
Ewa to dziennikarka (nieważne, że to akurat redakcyjne układy i realia są stronnicze i irrealne, mają przecież być tylko syntetycznym tłem, skrótem atmosfery ogólnej; a ta jest prawdziwa) przebojem idąca do celu. Cel - zaspokojenie ambicji, utarcie nosa eks-wielbicielowi w Rzymie. Ewa umie i potrafi pracować, ale pracę uważa za środek do kariery, szczebelek, atut, punkt. Nie ma czasu i miejsca na stresy, wątpliwości moralne, wyrzuty sumienia. Świetnie ubrana, szczupła blondynka, łyka prochy, aby być wciąż na „wysokich obrotach", i jest zawsze w pogotowiu z aparatem fotograficznym. Czujna, bystra, inteligentna i jest jak włoski paparazzi - zawsze dyspozycyjna, pomysłowa i bezwzględna.
Decyduje temat; dla efektowności opracowania tematu Ewa gotowa jest przespać się z kimkolwiek, po drodze kogoś tam obłaskawić uśmiechem, kogoś omamić podstępem i szantażem, jeszcze kogoś prezentem i przyjaźnią, ale i ryzykować sporo. Chodzi na treningi judo, umie robić użytek z tej umiejętności, umie odciąć się pijaczkowi, umie pokonać rywalkę (zresztą żonę człowieka, którego sama uczepiła się dla kariery i którego traktuje jako finkę holowniczą, do czasu...). Niegdyś skrzywdzona (nieślubne dziecko z Włochem, który łoży na nie w zielonych i w paczkach z ciuchami) może być twarda i żyć „bez miłości".
Zwykle taki typ w sztuce to mężczyzna. Ewa Stalińskiej wprowadza w rejony filmu postać bardzo z życia - kobietę przystosowaną do zła, i pokazuje, jak bardzo może to być groźne i samoniszczące. Ewa jest brzydka, drobna, ale jej twarz jest twarzą dziewczyny przygotowanej na grę, grę we wszystko i za każdą cenę. Ta jej czujność, skupienie, ta zimna pasja w zapamiętaniu się w pracy - Dorota Stalińska jest tu niestrudzonym żeńskim wodzirejem Stuhra (z „Wodzireja") bez jego miękkości i płaszczenia się. Jej ostrość sugeruje więcej: może być poczytana za rewolucyjność, anarchię społeczną, postawę polityczną. A jest tylko maską samoobrony. Druga twarz Ewy to znużenie - znużenie swoją agresywnością, pełna świadomość ceny, jaką płaci za kroczki do sukcesu, które są także ceną trwania jakoś na powierzchni. Uśmiech Ewy, kiedy godzi się na wizytę w domu mężczyzny, który jej coś załatwił, a teraz odbierać chce dług, oczy Ewy po akcie z przygodnym towarzyszem, jej wrogość ukryta dobrze, ale wyczuwalna...
Ma paskudny charakter i dewizę życiową najwygodniejszą z wygodnych: żyć, tylko żyć, bez względu na cenę. Jest złą matką, złą córką, ale ma cholerną pasję pokazania wszystkim, do czego już doszła. Samotnie i samodzielnie. Robiąc użytek z inteligencji, a nigdy nie robiąc użytku z uczuć, których się wyrzekła. Przegrywa, naturalnie. Chociaż w filmie ta przegrana jest nieprawdopodobna. I przemiana, jakiej podlega Ewa, i wstrząs, który ją dosięga. W finale Stalińska jest przestraszonym zwierzątkiem, które nie wie, co było nie t a k ale nie wie też, co ma być dalej? Jak? Zimna i zwycięska Ewa to także Ewa przegrana, okaleczona z emocji, z amputowanym sercem. Dorota Stalińska to wszystko przekazuje, jej Ewa nie, woła o pomoc, ale jej Ewa nie jest też wymyślona, bo nie wymyślone były i są stosunki, na jakich – broniąc się pazurami - wyrastają takie dziewczyny! Także i takie dziewczyny, żeby było w zgodzie z ułamkami statystyki społecznej. Prawda tej Ewy to także - Doroty Stalińskiej, dziewczyny, która utrafiła w pewien ton czasów. Że ten ton brzmi fałszywie, to już sprawa całkiem inna...