Dorota StalińskaPrasalata 80 - te

Gwiazda

Tego wieczoru w rzeszowskiej „Bohemie" zebrało się niewielkie grono miłośników talentu Doroty Stalińskiej. Artystka miała wy­stąpić z monodramem „Żmija". według Tołstoja. Przed dziewiętnastą, weszła energicz­nym krokiem do kawiarenki w towarzystwie przystojnego blondyna, który jak się potem okazało - jest jej osobistym lmpresariem.

- Wywiadów nie udzielam — odrzekła. - Mój Impresario - wie o mnie wszystko. Proszę, z nim porozmawiać.

Tymczasem w „Bohemie” - w obecności kilkudziesięciu osób trwały przymiarki do spektaklu. Bo powstał problem. Jak na nie­wielkim podeście, w dodatku do połowy zajętym przez instrumenty, ustawić dwa krze­sła i balustradkę, znaleźć miejsce - do gra­nia... Ten pomysł nie przeszedł. Pani Do­rota i instruktor z WDK poszukiwali od­powiedniego lokum na kilku kondygnacjach domu kultury, gdzie mógłby się odbyć spe­ktakl. Niestety nie znaleziono. Artystka zaproponowała, więc potencjalnej widowni spotkanie, tłumacząc się gęsto, że nie może grać w takich warunkach, że teatr wyma­ga umowności, że trzeba stworzyć odpo­wiedni klimat, by właściwie zrozumieć spe­ktakl. Słowem stworzyć atmosferą komisa­riatu, gdzie rzecz miała się rozegrać, a wi­dzowie usadowieni w rządach mieliby ucze­stniczyć w akcji spektaklu. Cóż było robić... Spektakl się nie odbył.

Rozmawiam o aktorce z lmpresariem. - Czy Pani Dorota Jest usatysfakcjono­wana cyklem aerobicowych programów w TV, tyle wokół nich krąży legend? - To nie ona zabiegała o to. Był to po­mysł telewizji, bo aktorka jest bardzo wygimnastykowana i fizycznie sprawna.

Potem rozpoczęło się spotkanie. Po krót­kiej ciszy zaczęły padać pytania. Pierwsze dotyczyły również aerobiku.

- Nie wiem, czy to jest aerobic — mówi artystka — to cykl mojej gimnastyki, które, codziennie uprawiam. Nie mogłam porozu­mieć się z TV i wycofałam się z nakręca­nia dalszych odcinków programu. Nagrałam również piosenkę o aerobiku. Kawałek leci na początku programu, kawałek na końcu. Dobrze, że w całości zarejestrowana jest na teledysku. Lepiej czuje się w filmie niż w TV.

- A teatr? - Nie wiążę się etatowo z teatrem. Zdo­byłam wielki namiot. Ustawię go przed Pa­łacem Kultury. Będziemy dawać widowiska z elementami cyrkowymi. Chciałabym zało­żyć swój własny teatr i angażować aktorów nie na etaty, tylko na role. - Nie jest to chyba sprawa nowa…

- U nas byłaby to nowość. Co prawda ostatnio pojawiło się w stolicy sporo piwnic prowadzonych przez aktorów, ale ja myślę o prawdziwym teatrze, a taki mogłabym z pewnością utrzymać.

- Dlaczego nie wiąże się Pani na stałe, a teatrem i wędruje ze spektaklami po Polsce?

- Rozpoczęłam od monodramów i za nie zdobywałam pierwsze nagrody, filmy przy­szły później. Stały kontakt z publicznością bardzo wiele mi daje...

- Jak długo można tak wędrować?

- Dopóki będę wyczuwała, że ludziom to moje granie jest potrzebne, daje mi ono największą satysfakcję. Chciałabym odpo­cząć od dramatycznych ról i zagrać coś na wesoło.

- No właśnie, Pani postacie są bardzo skomplikowane wewnętrznie, drażliwe...

- Grałam tylko role wybrane, mimo wie­lu propozycji. Jeśli nie mam możliwości zbudowania w filmie prawdziwego człowie­ka to nie gram. Można oczywiście grać tyko dla pieniędzy, ale ja nie muszę.

- Stworzyła Pani wybitną kreację aktorską w „Krzyku", nagrodzoną, jak I film, na festiwalu filmowym w San Sebastian. W ja­kim stopnia grała Pani siebie?

- Długo przygotowywałam się do tego filmu. Włóczyłam się po melinach na Pra­dze, bywałam czasem w niebezpiecznych sy­tuacjach. Musiałam poznać doły społeczne i ich system myślenia. Rola została dla mnie napisana. Jest przeze mnie wykreowana, wyrażona w znacznym stopniu mimiką twa­rzy.

- Pani gra tylko w filmach Barbary Sass?

- Na całym świecie tak jest, te reżyse­rzy mają swoich aktorów, a dobry film może powstać tylko z porozumienia reżysera i aktora. Ale grałam takie w filmach Waj­dy, Bajona, Kidawy.

- Rola dziennikarki w filmie „Bez mi­łości" spotkała się z dezaprobatą części kry­tyki, ta agresywność, przebojowość...

- Nie uważam się za osobę szczególnie agresywną. To, że moje postacie filmowe są agresywne to tylko forma ich obrony i pokrycia własnej słabości. Zagrałam prze­cież Ordonkę, a jest to postać zupełnie inna. Czasem mnie martwi, że boją się mnie reżyserzy...

- A jednak?

- Są tacy co współpracują z aktorami i tacy, co się I nimi nie liczą, a ja jestem uparta i nie potrafię się bezmyślnie pod­porządkowywać.

- Ulubione Pani role, spektakle?

- Właśnie „Żmija”. Grałam Ją ponad 800 razy i zawsze na górnym „C". Dziś tu, ju­tro tam. Spalam się, nie znoszę chałtury. Jest to cena za niezależność.

- O jakich rolach Pani marzy?

- Nigdy o Ofelii czy Julii. Chciałabym, by ktoś napisał dla mnie scenariusz na kino popularne, coś w rodzaju kina płaszcza i szpady; przygody, chwiejące się żyrando­le, bójki, mocne charaktery... Ale u nas pra­wie nie pisze się pod aktorów

- A jednak udzieliła Pani wywiadu...

- Mam przed tym opory, bo co ja mogę dziennikarzowi powiedzieć więcej niż już do różnych gazet naopowiadałam.

- Każdy aktor zabiega jednak o swoją popularność.

- Tak, ale to męczy. Znajomi mówią, że otwierają gazetę - Stalińska. Odkręcają radio – Stalińska, w końcu boję się otwo­rzyć konserwę, bo a nuż znowu ja…

Zarówno gwiazda, jak i impresario gorą­czkowa spoglądali na zegarki.

- Czas tę rozmowę kończyć - rzekła artystka. Tak­sówkarz czeka na nas już 45 minut. Wracamy do Łańcuta na „Biesiadę Filmową" Instruktorka z tamtejszego domu, kultury szepnęła mi do ucha: „Zajmuję się organizacją „Biesiady". Inni aktorzy nie są tacy słowni jak pani Stalińska. Powiedziała, że przyjedzie i przyjechała. To bardzo rzetelny aktor i człowiek.

 

 

GWIAZDA
MARIA SARNECKA
NOWINY
17. IV. 1984