Tego wieczoru w rzeszowskiej „Bohemie" zebrało się niewielkie grono miłośników talentu Doroty Stalińskiej. Artystka miała wystąpić z monodramem „Żmija". według Tołstoja. Przed dziewiętnastą, weszła energicznym krokiem do kawiarenki w towarzystwie przystojnego blondyna, który jak się potem okazało - jest jej osobistym lmpresariem.
- Wywiadów nie udzielam — odrzekła. - Mój Impresario - wie o mnie wszystko. Proszę, z nim porozmawiać.
Tymczasem w „Bohemie” - w obecności kilkudziesięciu osób trwały przymiarki do spektaklu. Bo powstał problem. Jak na niewielkim podeście, w dodatku do połowy zajętym przez instrumenty, ustawić dwa krzesła i balustradkę, znaleźć miejsce - do grania... Ten pomysł nie przeszedł. Pani Dorota i instruktor z WDK poszukiwali odpowiedniego lokum na kilku kondygnacjach domu kultury, gdzie mógłby się odbyć spektakl. Niestety nie znaleziono. Artystka zaproponowała, więc potencjalnej widowni spotkanie, tłumacząc się gęsto, że nie może grać w takich warunkach, że teatr wymaga umowności, że trzeba stworzyć odpowiedni klimat, by właściwie zrozumieć spektakl. Słowem stworzyć atmosferą komisariatu, gdzie rzecz miała się rozegrać, a widzowie usadowieni w rządach mieliby uczestniczyć w akcji spektaklu. Cóż było robić... Spektakl się nie odbył.
Rozmawiam o aktorce z lmpresariem. - Czy Pani Dorota Jest usatysfakcjonowana cyklem aerobicowych programów w TV, tyle wokół nich krąży legend? - To nie ona zabiegała o to. Był to pomysł telewizji, bo aktorka jest bardzo wygimnastykowana i fizycznie sprawna.
Potem rozpoczęło się spotkanie. Po krótkiej ciszy zaczęły padać pytania. Pierwsze dotyczyły również aerobiku.
- Nie wiem, czy to jest aerobic — mówi artystka — to cykl mojej gimnastyki, które, codziennie uprawiam. Nie mogłam porozumieć się z TV i wycofałam się z nakręcania dalszych odcinków programu. Nagrałam również piosenkę o aerobiku. Kawałek leci na początku programu, kawałek na końcu. Dobrze, że w całości zarejestrowana jest na teledysku. Lepiej czuje się w filmie niż w TV.
- A teatr? - Nie wiążę się etatowo z teatrem. Zdobyłam wielki namiot. Ustawię go przed Pałacem Kultury. Będziemy dawać widowiska z elementami cyrkowymi. Chciałabym założyć swój własny teatr i angażować aktorów nie na etaty, tylko na role. - Nie jest to chyba sprawa nowa…
- U nas byłaby to nowość. Co prawda ostatnio pojawiło się w stolicy sporo piwnic prowadzonych przez aktorów, ale ja myślę o prawdziwym teatrze, a taki mogłabym z pewnością utrzymać.
- Dlaczego nie wiąże się Pani na stałe, a teatrem i wędruje ze spektaklami po Polsce?
- Rozpoczęłam od monodramów i za nie zdobywałam pierwsze nagrody, filmy przyszły później. Stały kontakt z publicznością bardzo wiele mi daje...
- Jak długo można tak wędrować?
- Dopóki będę wyczuwała, że ludziom to moje granie jest potrzebne, daje mi ono największą satysfakcję. Chciałabym odpocząć od dramatycznych ról i zagrać coś na wesoło.
- No właśnie, Pani postacie są bardzo skomplikowane wewnętrznie, drażliwe...
- Grałam tylko role wybrane, mimo wielu propozycji. Jeśli nie mam możliwości zbudowania w filmie prawdziwego człowieka to nie gram. Można oczywiście grać tyko dla pieniędzy, ale ja nie muszę.
- Stworzyła Pani wybitną kreację aktorską w „Krzyku", nagrodzoną, jak I film, na festiwalu filmowym w San Sebastian. W jakim stopnia grała Pani siebie?
- Długo przygotowywałam się do tego filmu. Włóczyłam się po melinach na Pradze, bywałam czasem w niebezpiecznych sytuacjach. Musiałam poznać doły społeczne i ich system myślenia. Rola została dla mnie napisana. Jest przeze mnie wykreowana, wyrażona w znacznym stopniu mimiką twarzy.
- Pani gra tylko w filmach Barbary Sass?
- Na całym świecie tak jest, te reżyserzy mają swoich aktorów, a dobry film może powstać tylko z porozumienia reżysera i aktora. Ale grałam takie w filmach Wajdy, Bajona, Kidawy.
- Rola dziennikarki w filmie „Bez miłości" spotkała się z dezaprobatą części krytyki, ta agresywność, przebojowość...
- Nie uważam się za osobę szczególnie agresywną. To, że moje postacie filmowe są agresywne to tylko forma ich obrony i pokrycia własnej słabości. Zagrałam przecież Ordonkę, a jest to postać zupełnie inna. Czasem mnie martwi, że boją się mnie reżyserzy...
- A jednak?
- Są tacy co współpracują z aktorami i tacy, co się I nimi nie liczą, a ja jestem uparta i nie potrafię się bezmyślnie podporządkowywać.
- Ulubione Pani role, spektakle?
- Właśnie „Żmija”. Grałam Ją ponad 800 razy i zawsze na górnym „C". Dziś tu, jutro tam. Spalam się, nie znoszę chałtury. Jest to cena za niezależność.
- O jakich rolach Pani marzy?
- Nigdy o Ofelii czy Julii. Chciałabym, by ktoś napisał dla mnie scenariusz na kino popularne, coś w rodzaju kina płaszcza i szpady; przygody, chwiejące się żyrandole, bójki, mocne charaktery... Ale u nas prawie nie pisze się pod aktorów
- A jednak udzieliła Pani wywiadu...
- Mam przed tym opory, bo co ja mogę dziennikarzowi powiedzieć więcej niż już do różnych gazet naopowiadałam.
- Każdy aktor zabiega jednak o swoją popularność.
- Tak, ale to męczy. Znajomi mówią, że otwierają gazetę - Stalińska. Odkręcają radio – Stalińska, w końcu boję się otworzyć konserwę, bo a nuż znowu ja…
Zarówno gwiazda, jak i impresario gorączkowa spoglądali na zegarki.
- Czas tę rozmowę kończyć - rzekła artystka. Taksówkarz czeka na nas już 45 minut. Wracamy do Łańcuta na „Biesiadę Filmową" Instruktorka z tamtejszego domu, kultury szepnęła mi do ucha: „Zajmuję się organizacją „Biesiady". Inni aktorzy nie są tacy słowni jak pani Stalińska. Powiedziała, że przyjedzie i przyjechała. To bardzo rzetelny aktor i człowiek.