Niedawno przyznano pani wyróżnienie dla najbardziej uzdolnionych aktorów młodego pokolenia — nagrodę im. Zbigniewa Cybulskiego. Za film „Bez miłości" nagrodzono panią na festiwalu w roku 1980 w Gdańsku. Jest pani laureatką — za swe monodramy — festiwali teatrów jednego aktora, była też wybrana jedną z wybitnych Polaków młodego pokolenia. A więc sukces?
- Wielką radość sprawiła mi ostatnia nagroda, właśnie dlatego, że nosi imię Zbyszka Cybulskiego. Tyle, że zastanawiam się, czy nagrody cokolwiek u nas znaczą. W czasie swoich dotychczasowych czterech lat pracy aktorskiej, zdobyłam tych nagród już sporo - ale nadal musze, się wykłócać o należną mi stawkę, muszę sama w teatrze, kinie walczyć o tysiące oczywistych zdawałoby się spraw.
Od czego się dla pani teatr zaczął?
- Nader banalnie — od zespołu żywego słowa przy Wojewódzkim Domu Kultury w Gdańsku. Miałam osiem lat, gdy tam pierwszy raz przyszłam. Przez dziesięć lat pani Irena Śmielecka uczyła mnie w WDK-u dykcji, poezji, teatru. Będąc zaś w liceum w Gdańsku występowałam w teatrze studenckim. A potem... Gdybym się nie dostała do szkoły teatralnej, zdawałabym na AWF. Gdy zaś byłam na czwartym roku studiów teatralnych — powstał Teatr na Woli. Zaangażowano mnie i dyplom uzyskałam już za grę na scenie tego teatru.
Czym dla pani jest aktorstwo?
- Ważną częścią mego tycia. Realizacją mych marzeń dziecięcych. Sądzę przy tym, że w aktorstwie powinno dążyć się do profesjonalizmu. Wydać trzeba wojnę złemu amatorstwu. Temu wszystkiemu, co jest kiczem, brakiem gustu, sztucznością. W tej chwili Polska zalana jest amatorszczyzną, panoszącą się w teatrach, kinach.
Z czego to wynika?
- Nie ma po prostu zdrowej konkurencji, rywalizacji, w której by wygrywali najlepsi. Na studiach działałam w Kole Młodych SPATiF-u. Miałam wtedy ideę stworzenia miejsca, w którym by wszyscy chętni tego aktorzy mogli sprawdzać swoje możliwości działania artystycznego, mieliby równość startu. Nic z tego nie wyszło...
Pani jednak sobie sama wyznaczyła własny program.
- Zaczęło się to rok po studiach. Dużo wtedy pracowałam w teatrze, nie wynikało to więc z mojej niepotrzebności. Jestem bardzo samowolna. Chciałam robić coś, co by naprawdę ode mnie zależało. Zrealizowałam trzy monodramy: „Tabu" według Jacka Bocheńskiego, „Żmiją" według Lwa Tołstoja i „Utracona cześć Katarzyny Blum" według Heinricha Boella. Jeździłam z tymi monodramami po Polsce; wszystkie one były jak gdyby kontynuacją jednego tematu - absolutnej niemożności porozumienia się między ludźmi.
Pani rzeczywiście sądzi, że tak jest?
- Wszyscy oceniamy według pozorów. Jak ktoś wygląda, jak się zachowuje. Nie zastanawiamy się, jacy ludzie są naprawdę, W moich monodramach zajmowałam się człowiekiem postawionym wobec niemożności wyboru, w sytuacjach ostatecznych, gdy przestaje się być człowiekiem. Aktorsko to nie było zresztą łatwe. Te spektakle bardzo wiele mnie nauczyły.
Ale tak naprawdę zaczęto o pani mówić dopiero po filmie „Bez miłości"
- Niestety. Po tym filmie znalazło się wielu, którzy poprzednio podobno wołali: „Ta dziewczyna ma coś do powiedzenia". Tyle, że zgłosili się dopiero teraz. A poprzednio... Moja samotna praca nie miała właściwego oddźwięku. Niewielu twórców kina i teatru interesuje się tą formą i ludźmi, którzy ją uprawiają - a szkoda! Uciekły mi bezpowrotnie, role, które wtedy mogłam zagrać.
Co chciałaby pani grać?
- Nie interesują mnie sytuacje, lecz ludzie. Gwałtowne, duże namiętności, wielkie nienawiści. Coś, co nagle wkracza w życie człowieka, oddziaływa na jego psychikę.
Po filmie „Bez miłości" pisano: „Dorota Stalińska jest rzeczywistym odkryciem tego filmu: ze swoim ostrym makijażem, i żurnalowymi ciuchami, z tym fascynującym głosem, równie łatwo łagodnym i miłym, jak i prosto wpadającym w wulgarność, z gestami wreszcie, w których pozerstwo jest naturalnością, a naturalność jest zawsze jakby zbyt wyrazista i zbyt gwałtowna"...
- Wiele osób twierdzi, że pokazałam model życia nieprawdziwego. Ale przecież nie o dziennikarkę, bohaterkę tego filmu nam chodziło, lecz o człowieka - wytwór pogoni za prawem doistnienia, do krzyczenia, że jest i potrafi. „Bez miłości" to utwór o kobiecie, która chce samodzielności zawodowej i o tak pojęte prawo do życia walczy wszelkimi środkami.
Ostatnio zagrała pani rolę Hanki Ordonówny.
- Tak, dopiero co ukończyłam zdjęcia w filmie Janusza Rzeszewskiego. Ordonówna to była wspaniała kobieta, uparcie dążąca do swojego celu. I realizacji samej siebie. Jest to też rodzaj bajki o Kopciuszku — osoba z nizin dochodzi do szczytu. Ale jest to również legenda, mit niezwykłego człowieka.
A teraz gra pani w poznańskiej telewizji rolę Spiki w „Onych" Witkacego.
- Zawsze bardzo lubiłam sztuki Witkacego. Jest on bardzo współczesny w rozumieniu zagrożeń naszego świata. Ale trzeba go grać jakoś specjalnie naturalnie, zwykle. Chciałabym, żeby mi sio to w tym przedstawieniu udało.
Kiedyś w Poznaniu grała Spikę Halina Łabonarska. Miała tu i inne świetne role teatralne - sławę jej jednak, przyniósł dopiero film.
- Mam głęboką wiarę w to, że prawdziwa wartość musi prędzej czy później przebić się przez bezwład, szmirę, chałturę. Można jednak dużo pracować i nie mieć okazji ukazania pełni swoich możliwości twórczych. Winno się znaleźć dla siebie właściwą formę. Nieszczęściem młodych aktorów jest bierność, czekanie w bufecie teatralnym na rolę. Trzydziestolatki są już starcami, kobiety — umierają z zawiści. Bierność zabija każdą twórczość.
Boi się pani czegoś ?
- Ciemności. Więcej niczego. Wychowywałam się z chłopcami... Chodziłam po drzewach, umiałam się bić, grałam w piłkę nożną. Wtedy się nie bałam. Strach przychodzi do człowieka z wiekiem. Ja wierzę głęboko, ze dopóki mam coś w życiu do zrobienia, dopóty nic złego nie może mi się stać... Z tą wiarą lżej mi żyć i pracować.