Do dziś wyraźnie słyszę każdą intonacje, jej niezapomnianego głosu, nieoczekiwane załamania i nieoczekiwane fermaty. Do dziś widzę jej białe, wąskie utanecznione ręce, które żyły swoim samodzielnym życiem, którymi umiała dopowiedzieć w piosence wszystko to, czego zabrakło w tekście. Zjawiska równej miary, co Ordonka, nie było na scenie polskiego kabaretu ani przedtem, ani potem" - pisał we wspomnieniach Jerzy Jurandot.
Ponad dwadzieścia lat temu Kazimierz Krukowski, nestor aktorów estradowych i kronikarz tej dziedziny sztuki, w swojej książce „Moja Warszawka" upomniał się o monografię poświęconą Hance Ordonównie. Nikt jednak do tej pory nie podjął się próby odtworzenia niezwykłej historii jej życia. Nadzieje wiążemy, więc z filmem poświęconym legendarnej gwieździe.
Czy będzie to film biograficzny? - pytam reżysera Janusza Rzeszewskiego.
Nie. Życiorys Hanki Ordonówny, a właściwie jej kariera, niezwykle barwna i wspaniała, stała się tylko pretekstem do napisania przez Krzysztofa T. Toeplitza efektownego scenariusza filmu muzycznego. Obrazy z życia Ordonki jawić się będą na zasadzie retrospekcji, kiedy to w czasie wojny, ciężko chora na gruźlicę, znalazła się wraz z polskimi dziećmi na pustyni. Film pokaże jedynie drogę artystyczną dziewczyny, która dzięki wielkiemu talentowi wspartemu ogromną ambicją i pracą, z nizin społecznych dostała się do najprzedniejszych salonów Warszawy poślubiając hr. Michała Tyszkiewicza. Chcemy pokazać ją taką, jaka przetrwała w legendzie. Na początku filmu widzowie usłyszą motto, w którym min. mówimy: „Nasz film nie zamierza burzyć legendy i dochodzić ukrytej prawdy. Pragnie on raczej uwierzyć legendzie, a nawet dodać do niej swoje własne domysły. Ludzie, którzy znali jego bohaterkę, powiedzą o nim, że jest nieprawdziwy. Ci, którzy jej nie znali, niech popatrzą nań jak na legendę gwiazdy”.
To asekuranckie zastrzeżenie wyjaśnia drugi sens tytułu – „Miłość Ci wszystko wybaczy”.
A swoją drogą szkoda, że autor scenariusza nie zdobył się na ukazanie pełnego oblicza warszawskiego Kopciuszka", nie wychodząc poza fragmentaryczne i dość ogólnikowe, z natury rzeczy, wspomnienia.
Karierę sceniczną Hanka Ordonówna rozpoczęła jako tancerka. Mając lat szesnaście w 1918 roku występowała w teatrzyku „Sfinks” i tu debiutowała dość niefortunnie jako piosenkarka. Nie zrażona niepowodzeniem wyjechała do Lublina, gdzie zaangażowała się do „Wesołego ula”. Czas tam spędzony poświęciła intensywnej pracy, rozwinęła – jak pisze Artur Tur – swoje środki artystyczne, nabrała rutyny i już jako dojrzała, świadoma swych sił artystka wróciła do Warszawy. Początkowo występowała ponownie w „Sfinksie", następnie w „Mirażu" przeważnie w duecie śpiewno-tanecznym z Karolem Hanuszem a w końcu, w 1923 roku debiutowała w popularnym „Qui Pro Quo". Pod troskliwą opieką twórcy tego teatrzyku Jerzego Boczkowskiego, a potem sławnego konferansjera Fryderyka Jarosy'ego, który wywiózł Ordonkę na studia do Paryża, gdzie pobierała lekcje u najsłynniejszej w owych czasach artystki francuskiej Cecile Sorel, talent jej zaczął się rozwijać i rozkwitać w zaskakującym tempie. „Zanim zdążyliśmy się obejrzeć - wspomina Tur - z pełnego wdzięku i uroku, lecz nieporadnego i nieopierzonego pisklęcia wyrósł, niemal na naszych oczach, wspaniały rajski ptak polskiego kabaretu".
W zespole „Qui Pro Quo" pozostawała Ordonka aż do 1931 roku, a po zamknięciu tej sceny nie wiązała się na stałe z żadnym teatrem. „Wyżywała się - wspomina Jerzy Jurandot - w koncertach, podczas których wypełniała sama cały wieczór, za każdym wejściem na scenę stwarzając nową postać, tragiczną tub wzruszająco śmieszną i siłą swego talentu zmuszając publiczność do przerzucania się z nastroju w nastrój. Bogactwo jej inwencji było niewyczerpane, skała możliwości nieograniczona. Dla autora wykonywanie jego piosenki przez Ordonkę było rozkoszą najwyższego rzędu: nie tylko wydobywała ż tekstu wszystko, co autor w nim zawarł (...), ale jeszcze wzbogacała utwór swoim aktorstwem o nieprzeczuwanym uroku. Nie trzeba dodawać, że każdy nowy koncert Ordonki elektryzował publiczność..."
W tym czasie próbowała też Hanka Ordonówna swoich sił w rolach dramatycznych występując gościnnie na scenie krakowskiego Teatru Miejskiego im. Słowackiego, kiedy dyrekcję sprawował Juliusz Osterwa, w „Wieczorze Trzech Króli", „Poskromieniu złośnicy" i innych. Doświadczenia tam zdobyte przyczyniły się zapewne do sukcesów, jakie odnosiła na polskich scenach w Wilnie w łatach 1940-41. Niestety, tego na filmie nie zobaczymy, a jest to bardzo ciekawy i mało znany epizod historii naszego teatru.
Aleksander Maliszewski, który zetknął się z Hanką Ordonówna w owym czasie, wspomina na łamach „Pamiętnika teatralnego" jej kreacje w „Królowej przedmieścia", „Madame Sans-Gene", „Krakowiakach i Góralach" oraz „Wieczorze Trzech Króli". Dzięki niej przeżył też niebanalną - jak pisze - przygodę autorską. „Hanka Ordonówna przygotowywała koncert swoich piosenek. Zwróciła się do mnie, abym jej coś napisał. Zrobiłem dwie czy trzy piosenki. Przyjęła. Ale gdy zaczęliśmy przeglądać jej repertuar - pozycja po pozycji - okazało się, że nie ma w nim nic z tego, o czym naprawdę myśli, co nas wszystkich naprawdę gnębi. Wrzesień - Warszawa - wojna. Opowiedziałem Ordonce, że nadeszła z Warszawy wiadomość (jak się potem okazało, nieprawdziwa) o tym, jak to podczas oblężenia pocisk artyleryjski uderzył w kościół św. Krzyża i roztrzaskał urnę z sercem Chopina. Ordonka uczepiła się tego i już mi nie dała spokoju.
Napisałem utwór pt. „Tu spoczywa serce Chopina". Tekst mocno oparłem o Etiudę C-moll (Rewolucyjną). Nadszedł dzień koncertu. Teatr na Pohułance wypełniony był do ostatniego miejsca. Publiczność stała w przejściach. Każdą piosenkę Ordonki witano z wielką życzliwością. Kilka razy musiała bisować. Nadszedł wreszcie moment mojego utworu. Kiedy kilka razy wypowiedziała ostatnie słowa „Warszawo, zostanę, zostanę" i zakończyła gestem z pomnika dłuta Szymanowskiego - kurtyna zaczęła opadać w absolutnej ciszy. Mijały długie sekundy - widownia milczała. Wreszcie rumor. Wszyscy powstali z miejsc i długo, długo nie chcieli Ordonki puścić ze sceny. Przyznam się, że serce podeszło mi do gardła".
Były to jednak ostatnie jej triumfy. Choroba coraz bardziej niszczyła organizm. Mimo to w 1942 roku jako opiekunka dzieci polskich udała się z II Korpusem Polskim na Bliski Wschód. Swoim biednym sierotom poświęciła wzruszającą książkę. W Bejrucie, kiedy nie mogła już śpiewać, zaczęła malować. „Ci, którzy widzieli jej obrazy - pisze Jurandot - twierdzą, że był to wybuch tego samego żywiołowego talentu, który znalazł sobie inne ujście".
Kto więc wcieli się w postać tej wspaniałej kobiety? Reżyser Rzeszewski długo nie mógł się zdecydować. Rozbieżności ocen i wizji - mówi - na ten temat były w naszej ekipie ogromne. Początkowo miała grać Ordynkę - Iga Cembrzyńska ponieważ jednak wcześniej podpisała umowę z filmem NRD-owskim, a nam przesunięto czas zdjęć i nie było możliwości zsynchonizowania obu terminów, zaistniała konieczność zmiany obsady. Po obejrzeniu na festiwalu w Gdańsku filmu „Bez miłości", w którym grała Dorota Stalińska, postanowiłem jej powierzyć rolą Hanki Ordonówny. Jest to aktorka o ogromnym temperamencie i dużych możliwościach: może równie dobrze zagrać prostą dziewczyną jak i damą z salonów. A nasz znakomity operator Wiesław Zdort zadba o to, by wizualnie nie odbiegała od pierwowzoru.
Będąc na planie zapytałam Dorotą Stalińska, czy mit, jakim owiana jest postać Ordonki, nie przeraża jej.
- Nie myślę o tym - powiedziała.
- Rola Hanki Ordonówny, która miała niezwykłą osobowość, daje bardzo ciekawy materiał aktorski do zagrania. Skopiowanie jej nie wydaje się jednak możliwe. Każdy człowiek, który zetknął się z Ordonką, widział ją inaczej. Poza tym to, co zostało zarejestrowane na taśmie filmowej i pozostało w świadomości ludzi, stanowi zlepek małych fragmencików jej życia. A ja przecież pokazują ją na przestrzeni całego życia. Wobec tego to, co o niej wiem, przetwarzam przez swoje widzenie tej kobiety. Staram się przy tym uchwycić pewne cechy jej osobowości, a także pewne charakterystyczne gesty, jej sposób poruszania się, ale nie zamierzam odtworzyć legendy.
Czy film da choć przybliżone pojęcie o rodzaju i skali talentu Hanki Ordonówny - zobaczymy za parę miesięcy. Kazimierz Krukowski, który zasiadł w czasie zdjąć na widowni odtworzonego wnętrza teatrzyku „Qui Pro Quo" jest również zdania, że nie można odtworzyć stylu wykonawczego Ordonki, tak jak i Zuli Pogorzelskiej oraz Miry Zimińskiej, ponieważ każda z tych artystek była jedyną w swoim rodzaju i niepowtarzalną. Wszystko jednak wskazuje na to, że reżyser Janusz Rzeszewski zdoła przekazać widzom klimat sztuki kabaretowej tamtej epoki.