Dorota StalińskaPrasalata 80 - te

Miłość Ci wszystko wybaczy - ZWIERCIADŁO

„Uliczkę znam w Barcelonie
Pachnącą kwiatem jabłoni.
Bardzo lubię chodzić po niej,
Gdy mnie już znuży śródmieścia gwar..."

Do dziś wyraźnie słyszę każ­dą intonacje, jej niezapomnia­nego głosu, nieoczekiwane załamania i nieoczekiwane fer­maty. Do dziś widzę jej białe, wąskie utanecznione ręce, któ­re żyły swoim samodzielnym życiem, którymi umiała dopo­wiedzieć w piosence wszystko to, czego zabrakło w tekście. Zjawiska równej miary, co Ordonka, nie było na scenie polskiego kabaretu ani przed­tem, ani potem" - pisał we wspomnieniach Jerzy Jurandot.

Ponad dwadzieścia lat temu Kazimierz Krukowski, nestor aktorów estradowych i kronikarz tej dziedziny sztuki, w swojej książce „Moja War­szawka" upomniał się o mono­grafię poświęconą Hance Ordonównie. Nikt jednak do tej pory nie podjął się próby od­tworzenia niezwykłej historii jej życia. Nadzieje wiążemy, więc z filmem poświęconym legen­darnej gwieździe.

Czy będzie to film biogra­ficzny? - pytam reżysera Janu­sza Rzeszewskiego.

Nie. Życiorys Hanki Ordonówny, a właściwie jej kariera, niezwykle barwna i wspaniała, stała się tylko pretekstem do napisania przez Krzysztofa T. Toeplitza efektownego scena­riusza filmu muzycznego. Ob­razy z życia Ordonki jawić się będą na zasadzie retrospekcji, kiedy to w czasie wojny, ciężko chora na gruźlicę, znalazła się wraz z polskimi dziećmi na pustyni. Film pokaże jedynie drogę artystyczną dziewczyny, która dzięki wielkiemu talento­wi wspartemu ogromną ambi­cją i pracą, z nizin społecznych dostała się do najprzedniej­szych salonów Warszawy po­ślubiając hr. Michała Tyszkiewicza. Chcemy pokazać ją ta­ką, jaka przetrwała w legen­dzie. Na początku filmu widzo­wie usłyszą motto, w którym min. mówimy: „Nasz film nie zamierza burzyć legendy i do­chodzić ukrytej prawdy. Pra­gnie on raczej uwierzyć legen­dzie, a nawet dodać do niej swoje własne domysły. Ludzie, którzy znali jego bohaterkę, powiedzą o nim, że jest nieprawdziwy. Ci, którzy jej nie znali, niech popatrzą nań jak na legendę gwiazdy”.

To asekuranckie zastrzeżenie wyjaśnia drugi sens tytułu – „Miłość Ci wszystko wybaczy”.         

A swoją drogą szkoda, że autor scenariusza nie zdobył się na ukazanie pełnego oblicza warszawskiego Kopciuszka", nie wychodząc poza fragmentary­czne i dość ogólnikowe, z natu­ry rzeczy, wspomnienia.

Karierę sceniczną Hanka Ordonówna rozpoczęła jako tancerka. Mając lat szesnaście w 1918 roku występowała w teatrzyku „Sfinks” i tu debiutowała dość niefortunnie jako piosenkarka. Nie zrażona niepowodzeniem wyjechała do Lublina, gdzie zaangażowała się do „Wesołego ula”. Czas tam spędzony poświęciła intensywnej pracy, rozwinęła – jak pisze Artur Tur – swoje środki artystyczne, nabrała rutyny i już jako dojrzała, świado­ma swych sił artystka wróciła do Warszawy. Początkowo wy­stępowała ponownie w „Sfinksie", następnie w „Mirażu" przeważnie w duecie śpiewno-tanecznym z Karolem Hanuszem a w końcu, w  1923 roku debiutowała w popularnym „Qui Pro Quo". Pod troskliwą opieką twórcy tego teatrzyku Jerzego Boczkowskiego, a po­tem sławnego konferansjera Fryderyka Jarosy'ego, który wywiózł Ordonkę na studia do Paryża, gdzie pobierała lekcje u najsłynniejszej w owych cza­sach artystki francuskiej Cecile Sorel, talent jej zaczął się roz­wijać i rozkwitać w zaskakują­cym tempie. „Zanim zdążyliś­my się obejrzeć - wspomina Tur - z pełnego wdzięku i uro­ku, lecz nieporadnego i nieopierzonego pisklęcia wyrósł, niemal na naszych oczach, wspaniały rajski ptak polskiego kabaretu".

W zespole „Qui Pro Quo" pozostawała Ordonka aż do 1931 roku, a po zamknięciu tej sceny nie wiązała się na stałe z żadnym teatrem. „Wyżywała się - wspomina Jerzy Jurandot - w koncertach, podczas których wypełniała sama cały wieczór, za każdym wejściem na scenę stwarzając nową postać, tragi­czną tub wzruszająco śmieszną i siłą swego talentu zmuszając publiczność do przerzucania się z nastroju w nastrój. Bogac­two jej inwencji było niewy­czerpane, skała możliwości nieograniczona. Dla autora wykonywanie jego piosenki przez Ordonkę było rozkoszą najwyż­szego rzędu: nie tylko wydoby­wała ż tekstu wszystko, co au­tor w nim zawarł (...), ale jesz­cze wzbogacała utwór swoim aktorstwem o nieprzeczuwanym uroku. Nie trzeba doda­wać, że każdy nowy koncert Ordonki elektryzował publicz­ność..."

W tym czasie próbowała też Hanka Ordonówna swoich sił w rolach dramatycznych wy­stępując gościnnie na scenie krakowskiego Teatru Miejskie­go im. Słowackiego, kiedy dy­rekcję sprawował Juliusz Os­terwa, w „Wieczorze Trzech Króli", „Poskromieniu złośni­cy" i innych. Doświadczenia tam zdobyte przyczyniły się za­pewne do sukcesów, jakie od­nosiła na polskich scenach w Wilnie w łatach 1940-41. Nie­stety, tego na filmie nie zoba­czymy, a jest to bardzo ciekawy i mało znany epizod historii naszego teatru.

Aleksander Maliszewski, który zetknął się z Hanką Ordo­nówna w owym czasie, wspo­mina na łamach „Pamiętnika teatralnego" jej kreacje w „Królowej przedmieścia", „Madame Sans-Gene", „Kra­kowiakach i Góralach" oraz „Wieczorze Trzech Króli". Dzięki niej przeżył też niebanal­ną - jak pisze - przygodę autor­ską. „Hanka Ordonówna przygotowywała koncert swoich piosenek. Zwróciła się do mnie, abym jej coś napisał. Zrobiłem dwie czy trzy piosenki. Przyjęła. Ale gdy zaczęliśmy przeglądać jej repertuar - pozycja po pozy­cji - okazało się, że nie ma w nim nic z tego, o czym na­prawdę myśli, co nas wszyst­kich naprawdę gnębi. Wrzesień - Warszawa - wojna. Opowie­działem Ordonce, że nadeszła z Warszawy wiadomość (jak się potem okazało, nieprawdziwa) o tym, jak to podczas oblężenia pocisk artyleryjski uderzył w kościół  św. Krzyża i roztrza­skał urnę z sercem Chopina. Ordonka uczepiła się tego i już mi nie dała spokoju.

Napisałem utwór pt. „Tu spoczywa serce Chopina". Tekst mocno opar­łem o Etiudę C-moll (Rewolu­cyjną). Nadszedł dzień koncer­tu. Teatr na Pohułance wypeł­niony był do ostatniego miej­sca. Publiczność stała w przej­ściach. Każdą piosenkę Ordonki witano z wielką życzliwością. Kilka razy musiała bisować. Nadszedł wreszcie moment mojego utworu. Kiedy kil­ka razy wypowiedziała ostat­nie słowa „Warszawo, zostanę, zostanę" i zakończyła gestem z pomnika dłuta Szymanow­skiego - kurtyna zaczęła opa­dać w absolutnej ciszy. Mijały długie sekundy - widownia milczała. Wreszcie rumor. Wszyscy powstali z miejsc i długo, długo nie chcieli Ordonki puś­cić ze sceny. Przyznam się, że serce podeszło mi do gardła".

Były to jednak ostatnie jej triumfy. Choroba coraz bar­dziej niszczyła organizm. Mimo to w 1942 roku jako opiekunka dzieci polskich udała się z II Korpusem Polskim na Bliski Wschód. Swoim biednym sie­rotom poświęciła wzruszającą książkę. W Bejrucie, kiedy nie mogła już śpiewać, zaczęła ma­lować. „Ci, którzy widzieli jej obrazy - pisze Jurandot - twier­dzą, że był to wybuch tego sa­mego żywiołowego talentu, który znalazł sobie inne uj­ście".

Kto więc wcieli się w postać tej wspaniałej kobiety? Reżyser Rzeszewski długo nie mógł się zdecydować. Rozbieżności ocen i wizji - mówi - na ten temat były w naszej ekipie ogromne. Początkowo miała grać Ordynkę - Iga Cembrzyńska ponieważ jednak wcześniej podpisała umowę z filmem NRD-owskim, a nam przesu­nięto czas zdjęć i nie było moż­liwości zsynchonizowania obu terminów, zaistniała koniecz­ność zmiany obsady. Po obej­rzeniu na festiwalu w Gdańsku filmu „Bez miłości", w którym grała Dorota Stalińska, posta­nowiłem jej powierzyć rolą Hanki Ordonówny. Jest to ak­torka o ogromnym tempera­mencie i dużych możliwoś­ciach: może równie dobrze za­grać prostą dziewczyną jak i damą z salonów. A nasz znakomity operator Wiesław Zdort zadba o to, by wizualnie nie odbiegała od pierwowzoru.

Będąc na planie zapytałam Dorotą Stalińska, czy mit, jakim owiana jest postać Ordonki, nie przeraża jej.

- Nie myślę o tym - powie­działa.

- Rola Hanki Ordonówny, która miała niezwykłą osobowość, daje bardzo ciekawy materiał aktorski do zagrania. Skopiowanie jej nie wydaje się jednak możliwe. Każdy czło­wiek, który zetknął się z Ordonką, widział ją inaczej. Poza tym to, co zostało zarejestrowane na taśmie filmowej i pozostało w świadomości ludzi, stanowi zlepek małych fragmencików jej życia. A ja przecież pokazują ją na przestrzeni całego życia. Wobec tego to, co o niej wiem, przetwarzam przez swoje wi­dzenie tej kobiety. Staram się przy tym uchwycić pewne ce­chy jej osobowości, a także pewne charakterystyczne ges­ty, jej sposób poruszania się, ale nie zamierzam odtworzyć legendy.

Czy film da choć przybliżone pojęcie o rodzaju i skali talentu Hanki Ordonówny - zobaczy­my za parę miesięcy. Kazimierz Krukowski, który zasiadł w cza­sie zdjąć na widowni odtworzo­nego wnętrza teatrzyku „Qui Pro Quo" jest również zdania, że nie można odtworzyć stylu wykonawczego Ordonki, tak jak i Zuli Pogorzelskiej oraz Mi­ry Zimińskiej, ponieważ każda z tych artystek była jedyną w swoim rodzaju i niepowtarzalną. Wszystko jednak wska­zuje na to, że reżyser Janusz Rzeszewski zdoła przekazać widzom klimat sztuki kabareto­wej tamtej epoki.

 

Miłość Ci wszystko wybaczy
Zwierciadło
01. I. 1981
Małgorzata Garlicka