Pani ostatnia sztuka w Teatrze Na Woli to "Goya" według hiszpańskiego pisarza Antonio Buero Vallejo w reżyserii Andrzeja Wajdy.
Gram w niej Marquitę – dziewięcioletnią córeczkę Goyi. W założeniu autora sztuki jest ona tylko wyobrażeniem. Głosem wewnętrznej prawdy malarza. W realizacji Wajdy to już postać sceniczna. Wielką rolę odgrywają kostiumy, scenografia, efekty akustyczne. Reżyserowi chodziło o zachowanie pełnego realizmu postaci. Goya mówi nawet w pewnym momencie, że głosy, które go prześladują są tak bardzo realistyczne, że zatraca granicę między zjawami a rzeczywistością. Pyta wręcz lekarza, czy nie wrócił mi słuch. Dlatego też starałam się tak grać i tak poprowadził Andrzej Wajda, żeby ta postać była bardzo realistyczna. To często wprowadza widzów w błąd.
Tę rolę otrzymała Pani jako studentka?
Premiera sztuki odbyła się kiedy jeszcze studiowałam. Była to moja druga rola w tym teatrze i jednocześnie praca dyplomowa.
A pierwsza?
Poprzednio grałam Lutzie w sztuce Leona Kruczkowskiego „Pierwszy dzień wolności” w reż. Tadeusza Łomnickiego. To było moje pierwsze zetknięcie z widzem, z prawdziwą sceną. Przekroczenie progu zawodowego nastąpiło u mnie wcześniej niż to się dzieje normalnie.
Czy to dobrze?
Bardzo dobrze. Jest to olbrzymie doświadczenie dla młodego aktora, a przede wszystkim nabranie takich umiejętności, jak obycie ze sceną, nawiązywanie kontaktu z publicznością. To jest przełamanie kameralności pracy w szkole.
Zetknęła się Pani już również z filmem?
Na czwartym roku studiów brałam udział w filmie „Niedzielne dzieci”, który reżyserowała Agnieszka Holland. Grałam rolę drugoplanową. I znowu była to dla mnie nauka – zupełnie inny styl pracy, spotkanie z kamerą.
Czy z telewizją też się Pani zetknęła?
Tak, tutaj pierwszy kontakt też mam za sobą. To była rola w Kobrze „Hotel pod poległym alpinistą” w reżyserii prof. Wola.
Czy zdobycie dyplomu było przełomem w Pani życiu?
W moim przypadku nie. Ale dla innych na pewno tak, bo kończy się szkołę i staje się przed pytaniem co dalej? Potem pierwsze zetknięcie z normalną pracą. Szkoła nie przyzwyczaja nas do grania dzień w dzień w tej samej sztuce. W szkole pracuje się cały semestr po to, żeby raz na egzaminie cos pokazać. Towarzyszy temu uczucie niedosytu i świadomość, że następnym razem zagrałoby się lepiej. W teatrze trzeba grać codziennie bez względu na to czy się ma ochotę, czy nie, ale w ciągu tego grania można jeszcze pracować nad rolą. Ja z tym wszystkim miałam szczęście zetknąć się wcześniej, już na pierwszym roku, a na zcwartym jedyny kontakt ze szkoła to była praca dyplomowa teoretyczna.
Jaki był temat pracy?
Symbolika jednoaktówek Maeterlincka. Ciekawy i trudny temat – mało jest publikacji. Była to moja ostatnia okazja poświęcenia sporo czasu nauce, możliwości poszerzenia wiadomości.
Studenci na ogół z dużym sentymentem wspominają czasy studiów, a Pani?
Jest mi niezwykle żal szkolnych czasów, ale takie uczucie występuje chyba zawsze, gdy się jakiś etap kończy.
Z jakimi jeszcze formami pracy zawodowej spotkała się Pani?
Z radiem, z dubbingiem. Zaczynałam od drobnych ról drugoplanowych, a teraz skończyłam dubbing głównej roli w filmie węgierskim „Gdy wróci Józek”. Dubbingowanie nie jest wcale łatwe, jak sądzą niektórzy. Jest to umiejętność aktorsko bardzo rozwijająca.
Jak to się stało, że w tak krótkim czasie udało się Pani popróbować kilku dziedzin aktorstwa?
Myślę, że zawdzięczam to ogromnemu szczęściu i własnej pracy. Podporządkowaniu życia jednemu celowi – zdobyciu umiejętności aktorskich. Od czasu szkoły podstawowej pracuję w tym kierunku. Mam swoją mamę teatralną – panią Irenę Śniadecką. Ona uczyła mnie dykcji. Zaczęłam od poezji, przez Zespół Żywego Słowa w Wojewódzkim Domu Kultury w Gdańsku. Więc zanim przyszłam do szkoły teatralnej, to osiem lat w tym kierunku pracowałam.
Pani Doroto, czego można Pani życzyć?
Żebym nigdy nie straciła wiary, którą posiadam – w zawód, w siebie, w słuszność tego, co robię.