Po świecie przeszła niedawno fala „kina kobiecego", czyli filmów o kobietach realizowanych głównie przez kobiety — reżyserki. Takie wyróżnienie nurtu jest oczywiście tylko formalne i przez to nieco bałamutne, lecz filmy pojawiły się jednak w postaci stadnej i stąd sporo wywołały szumu. Niektóre trafiły na nasze ekrany min. „Światło" francuskiej aktorki Jeonne Moreau i dzieła węgierskiej reżyserki Marty Meszaros. Jeśli w ogóle można posługiwać się pojęciem „kina kobiecego", to w Polsce należy z całą pewnością wymienić nazwisko Barbary Sass, która od kilku lat konsekwentnie opowiada o paniach w filmach telewizyjnych („Ostatni liść", „Dziewczyna i gołębie", „Wejście w nurt"), choć nie występuje bynajmniej z pozycji obrażonej sufrażystki jak jej niektóre koleżanki z kina zachodniego.
Debiutancki film kinowy Barbary Sass nosi bardzo trafnie dobrany i zarazem atrakcyjny dla potencjalnego widza tytuł: „Bez miłości". Opowiada o młodej dziennikarce Ewie Brackiej, która zaczyna od pisania informacji w warszawskiej popołudniówce, by szybko zostać reporterka poważnego tygodnika społecznego, w rodzaju „Kultury" czy „Polityki". Ewa ma niewątpliwie dziennikarski talent, ale nie zamierza czekać. Prze szybko do przodu, nie zważając na koszty. Ważny jest dla niej tylko sukces, do którego dąży uporczywie. Sprzedaje się w zamian za wymierne korzyści, a ponieważ jest młoda i ładna, potrafi ważnych redaktorów łatwo do siebie przekonać. A więc postać z rodziny „wodzirejów", opisanej w filmie Feliksa Falka i innych młodych reżyserów? Częściowo — tak, lecz nie całkowicie. I scenariusz i kreacja aktorska Doroty Stalińskiej nie pozwalają na oceny jednoznaczne. „Bez miłości" jest to bowiem dzieło starające się wytłumaczyć powody moralnej degrengolady bohaterki. Okazuje się, iż cyniczna postawa Ewy („trzeba żyć, żyć jak najlepiej i za wszelką cenę..."), wobec wszelkich wartości ma swoje źródła — jak się dowiadujemy ze wspomnień bohaterki — w bolesnym rozczarowaniu jakiego doznała zostając porzucona przez mężczyznę. Po takim rozgoryczeniu dziennikarka świadomie zmienia postawy. Wszystko, łącznie z uczuciami, traktuje instrumentalnie, jako schodki kariery. Przyjmuje „życie bez miłości", który to termin określa nie tylko jej sposób bycia, lecz w równej mierze cechy świata, w którym się obraca.
W roli młodej dziennikarki wystąpiła efektownie młoda aktorka Dorota Stalińska (nagroda za najlepszą rolę kobiecą na ubiegłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku), której debiut przypomina trochę brawurowe wejście do kina Krystyny Jandy kilka lat temu w pamiętnym „Człowieku z marmuru". Podobieństwa tych kreacji okazują się jednakże tylko zewnętrzne — w ekspresyjnym, intuicyjnym sposobie gry. Łączy bohaterki pewna nonszalancja i pośpieszny styl bycia, dzieli znacznie więcej. Agnieszce z filmu Wajdy nie udaje się zrealizować wymarzonego filmu o Birkucie, lecz zachowuje godność. Ewa z filmu „Bez miłości" przegrywa na wszystkich frontach. Reportażem o dziewczętach z hoteli robotniczych doprowadza do próby samobójczej swojej bohaterki i traci z takim mozołem osiągniętą pozycję zawodową oraz szansę wyjazdu do Rzymu. Bohaterka reportażu została potraktowana przez dziennikarkę jako szczebel do własnej kariery. Zarazem Marianna to jakby alter ego dziennikarki. Jak niegdyś Ewa, tak teraz Marianna próbuje samobójstwa w psychicznym impasie, z którego wydobędzie się, lecz już (podobnie jak Ewa) bez wiary w „życie z miłością". Teraz może i ona doprowadzi do utraty czyichś złudzeń. Złego końca nie widać. Zakończenie „Bez miłości" stwarza nieco metafizyczną perspektywę ludzkiego losu — zło staje się przeznaczeniem. Z powodu współczesnego tematu i bardzo realistycznego stylu zdjęć Wiesława Zdorta, „Bez miłości" może budzić skojarzenia z nurtem współczesnych młodych reżyserów. Zewnętrznie wygląda wszystko podobnie: pośpieszny rytm obrazu, zabiegane postacie bohaterów i wreszcie intencja obrony podstawowych wartości moralnych. Jednak filmy Agnieszki Holland czy Janusza Kijowskiego pokazują jak układy społeczne niszczą bohaterów, natomiast Barbara Sass przyjmuje zupełnie inną optykę — szuka przyczyny w psychologii, w tym konkretnym przypadku w miłosnym zawodzie bohaterki.
„Bez miłości" jest filmem zagęszczonym psychologicznie i o nastawieniu analitycznym. To kino chłodne, pozbawione potencjalnych natężeń. Nie wciąga naprawdę, pozostawiając widza obojętnym wobec losu bohaterki. Myślę, że zadecydowały o tym z jednej strony nieco stereotypowe obrazy rzeczywistości społecznej, z drugiej — zbyt wątłe uzasadniania postaw bohaterki. Film rozgrywa się w środowisku dziennikarskim, mamy redakcję fikcyjnego oczywiście tygodnika „Kultura i my", ale występują za to autentyczni dziennikarze, min. znany reporter Stefan Kozicki. Obrazy życia redakcyjnego ulegają typowym wyobrażeniom o cynicznych i przebojowych redaktorach, dotyczy to również samej bohaterki, w jej zawodowym wcieleniu. Z drugiej strony — skrajna postawa dziennikarki z powodu jednego miłosnego zawodu, wydaje się wypływać ze zbytnio mechanistycznego pojmowania życia jakie proponuje „Bez miłości". A może to właśnie sprawa owej kobiecej optyki kina Barbary Sass?