Dorota StalińskaPrasalata 80 - te

Sceny z życia pospiesznego

Po świecie przeszła niedawno fala „kina kobiecego", czyli filmów o kobietach reali­zowanych głównie przez kobiety — reżyserki. Takie wyróżnienie nurtu jest oczywiście tylko formalne i przez to nieco bałamutne, lecz filmy po­jawiły się jednak w postaci stadnej i stąd sporo wywołały szumu. Nie­które trafiły na nasze ekrany min. „Światło" francuskiej aktorki Jeonne Moreau i dzieła węgierskiej reży­serki Marty Meszaros. Jeśli w ogóle można posługiwać się pojęciem „ki­na kobiecego", to w Polsce należy z całą pewnością wymienić nazwi­sko Barbary Sass, która od kilku lat konsekwentnie opowiada o paniach w filmach telewizyjnych („Ostatni liść", „Dziewczyna i gołębie", „Wej­ście w nurt"), choć nie występuje bynajmniej z pozycji obrażonej sufrażystki jak jej niektóre koleżanki z kina zachodniego.

Debiutancki film kinowy Barbary Sass nosi bardzo trafnie dobrany i zarazem atrakcyjny dla potencjal­nego widza tytuł: „Bez miłości". Opowiada o młodej dziennikarce Ewie Brackiej, która zaczyna od pi­sania informacji w warszawskiej popołudniówce, by szybko zostać re­porterka poważnego tygodnika spo­łecznego, w rodzaju „Kultury" czy „Polityki". Ewa ma niewątpliwie dziennikarski talent, ale nie zamie­rza czekać. Prze szybko do przo­du, nie zważając na koszty. Ważny jest dla niej tylko sukces, do które­go dąży uporczywie. Sprzedaje się w zamian za wymierne korzyści, a ponieważ jest młoda i ładna, po­trafi ważnych redaktorów łatwo do siebie przekonać. A więc postać z rodziny „wodzirejów", opisanej w fil­mie Feliksa Falka i innych młodych reżyserów? Częściowo — tak, lecz nie całko­wicie. I scenariusz i kreacja aktorska Doroty Stalińskiej nie pozwalają na oceny jednoznaczne. „Bez miłości" jest to bowiem dzieło stara­jące się wytłumaczyć powody moralnej degrengolady bohaterki. Oka­zuje się, iż cyniczna postawa Ewy („trzeba żyć, żyć jak najlepiej i za wszelką cenę..."), wobec wszelkich wartości ma swoje źródła — jak się dowiadujemy ze wspomnień boha­terki — w bolesnym rozczarowaniu jakiego doznała zostając porzucona przez mężczyznę. Po takim rozgory­czeniu dziennikarka świadomie zmienia postawy. Wszystko, łącznie z uczuciami, traktuje instrumentalnie, jako schodki kariery. Przyjmuje „ży­cie bez miłości", który to termin określa nie tylko jej sposób bycia, lecz w równej mierze cechy świata, w którym się obraca.

W roli młodej dziennikarki wystą­piła efektownie młoda aktorka Do­rota Stalińska (nagroda za najlepszą rolę kobiecą na ubiegłorocznym Fe­stiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku), której debiut przypo­mina trochę brawurowe wejście do kina Krystyny Jandy kilka lat temu w pamiętnym „Człowieku z marmu­ru". Podobieństwa tych kreacji oka­zują się jednakże tylko zewnętrzne — w ekspresyjnym, intuicyjnym spo­sobie gry. Łączy bohaterki pewna nonszalancja i pośpieszny styl by­cia, dzieli znacznie więcej. Agniesz­ce z filmu Wajdy nie udaje się zrealizować wymarzonego filmu o Birkucie, lecz zachowuje godność. Ewa z filmu „Bez miłości" przegrywa na wszystkich frontach. Reportażem o dziewczętach z hoteli robotniczych doprowadza do próby samobójczej swojej bohaterki i traci z takim mo­zołem osiągniętą pozycję zawodo­wą oraz szansę wyjazdu do Rzymu. Bohaterka reportażu została po­traktowana przez dziennikarkę jako szczebel do własnej kariery. Zarazem Marianna to jakby alter ego dziennikarki. Jak niegdyś Ewa, tak teraz Marianna próbuje samobój­stwa w psychicznym impasie, z któ­rego wydobędzie się, lecz już (po­dobnie jak Ewa) bez wiary w „życie z miłością". Teraz może i ona do­prowadzi do utraty czyichś złudzeń. Złego końca nie widać. Zakończenie „Bez miłości" stwarza nieco meta­fizyczną perspektywę ludzkiego losu — zło staje się przeznaczeniem. Z powodu współczesnego tematu i bardzo realistycznego stylu zdjęć Wiesława Zdorta, „Bez miłości" mo­że budzić skojarzenia z nurtem współczesnych młodych reżyserów. Zewnętrznie wygląda wszystko po­dobnie: pośpieszny rytm obrazu, zabiegane postacie bohaterów i wreszcie intencja obrony podstawo­wych wartości moralnych. Jednak filmy Agnieszki Holland czy Janusza Kijowskiego pokazują jak układy społeczne niszczą bohaterów, nato­miast Barbara Sass przyjmuje zu­pełnie inną optykę — szuka przy­czyny w psychologii, w tym konkret­nym przypadku w miłosnym zawo­dzie bohaterki.

„Bez miłości" jest filmem zagęszczonym   psychologicznie  i  o   nastawieniu   analitycznym. To kino chłodne, pozbawione potencjalnych   natężeń.   Nie wciąga naprawdę, pozostawiając widza obojętnym wobec losu bohaterki. Myślę, że zadecydowały o tym  z jednej strony nieco stereotypowe obrazy rzeczywistości społecznej, z drugiej — zbyt wątłe uzasadniania postaw bohaterki. Film rozgrywa się w środowisku dziennikarskim, mamy redakcję fikcyjnego oczywiście tygodnika „Kultura i my", ale występują za to autentyczni dziennikarze, min. znany reporter Stefan Kozicki. Obrazy życia redakcyjnego ulegają typowym wyobrażeniom o cynicznych i przebojowych redaktorach, dotyczy to również samej bohaterki, w jej zawodowym wcieleniu. Z drugiej strony — skrajna postawa dziennikarki z powodu jednego miłosnego zawodu, wydaje się wypływać ze zbytnio mechanistycznego pojmowania życia jakie proponuje „Bez miłości". A może to właśnie sprawa owej kobiecej optyki kina Barbary Sass?

 
Sceny z życia pospiesznego, rok 1980
"Bez miłości", reż. Barbara Sass
Jan F. Lewandowski