Pierwszego wieczoru koszalińskich dyskusji „Szczerość za szczerość” odsłonił się za bardzo, i przez to „padł" reżyser o nazwisku funkcjonującym ponad 20 lat w kinematografii. Nie zrozumiał intencji.
Drugiej nocy miejsca były zajęte nawet na trotuarze przed oknami kawiarni. Na cenzurowanym "miała przecież znaleźć się Dorota Stalińska, jedna z najpopularniejszych aktorek polskich, prezentująca ostatnie swoje dokonanie aktorskie w filmie „Krzyk". Przesadą byłoby, stwierdzenie, że przed spotkaniem trzęsła się jak w febrze, "ale przecież to tu przed laty przenicowany został dokładnie jej pierwszy film „Bez miłości". Może dlatego poprosiła w bufecie o dużą porcję lodów..."
Wreszcie czas zacząć. Kable mikrofonów podłączone już do sieci, dziennikarze rozłożyli na kolanach notesy. Na estradce jest nie tylko Stalińska, ale i tak wiadomo, że na niej skupi się przede wszystkim, uwaga młodych dyskutantów. W końcu gra kogoś z nich, do tego wzbogaconego w rysunku psychologicznym doświadczeniami pierwszego wyroku. W którym momencie postać fikcyjna nakłada się na osobowość aktorki?
Start! Prowadząca dyskusję dr Bocheńska prowokuje do pytań. Pierwsze formułuje nie do końca trzeźwy, ale za to szybki adorator muz, który do Stalińskiej będzie się zwracał pani Basiu".
- Czym pani płaci za swoje role filmowe, pani Basiu?.
- Nie bardzo wiem, co pan ma na myśli - odpowiada aktorka.
- Po prostu zagrałam i to wszystko.
- A czy pani pamięta chociaż swój debiut - rozmówca lekko przytrzymuje się stolika - bo ja chętnie pani podpowiem, pani Basiu. To była narzeczona Himilsbacha w...
- O nie, pan się pomylił - Stalińska, jest wyraźnie rozbawiona – moim prawdziwym debiutem była maleńka rólka w obrazie „Sexolatki" Huebnera. Byłam wtedy w szkole i występowałam w teatrzyku studenckim.
Na szczęście „biografa" przebija inny uczestnik dyskusji, zawieszony pomiędzy parapetem podłogą.
- Czy może nam pani powiedzieć, jak się pani przygotowywała do roli dziewczyny po wyroku w „Krzyku" i czy uważa ją pani za najtrudniejszą?
Aktorka poprawia długie jasne włosy (w filmie jest brunetką z krótką „trwałą") i obciąga beżową spódniczkę ze złotą nitką.
- To była pierwsza rola napisana specjalnie dla mnie. Wiedziałam wcześniej, że będę ją grała. Mogłam się, więc do niej starannie przygotować. Wiecie o tym, je jest to postać z marginesu, która po wyjściu z więzienia usiłuje rozpocząć, normalne życie. Matka, alkoholiczka i prostytutka — prowadzi melinę, więc powrót do domu nie daje żadnej szansy. Ona chce się od tej przeszłości oderwać, więc też poważnie traktuje pracę sprzątaczki w domu starców. Ale koledzy „z branży" nie dają za wygraną. Ludzi z bandy grali naturszczycy, bardzo mili chłopcy po wielu wyrokach i musiałam ich bliżej poznać, aby czuć się z nimi bezpiecznie na planie. Jeden z nich w czasie pierwszego spotkania był zresztą ogromnie wytworny, pocałował mnie w rękę i w ogóle pięknie się wyrażał. Dopiero za drugim razem sypnął całą wiązanką przekleństw. Chodziliśmy razem po starej Pradze, odwiedzaliśmy meliny, poznawaliśmy różnych ludzi. Nie przypuszczałam, że kobiety doszły tam do takiego stanu! To, co pokazuje film, choć niektórzy twierdzą, iż rysunek jest zbyt wyostrzony, jest zaledwie namiastką. Przyglądałam się im, żeby wiedzieć, co wziąć do roli. Spotkałam, się już wprawdzie z opinią, że moja bohaterka jest zbyt wulgarna, ale ja uważam, że nie. Oczywiście jest to rola wykreowana w każdym szczególe, starannie wcześniej przemyślana. Musiałam przecież mleć świadomość, jak córka alkoholiczki będzie się zachowywała w różnych sytuacjach, jak będzie „odreagowywała" po doświadczeniach przeszłości, tak, aby to co, pokazuję na ekranie, było prawdopodobne w rysunku psychologicznym. Przygotowywałam się do tego całe dwa miesiące.
Na sali panuje cisza, kiedy więc zabiera głos młody człowiek cały w zielonej bawełnie, wszyscy mu się bacznie przyglądają. Może on wreszcie powie coś takiego, co podtrzyma opinię o poziomie dyskusji koszalińskich spotkań? Bo na razie jest grzecznie, nijako i bezkonfliktowo.
- Jak pani sądzi, dlaczego Barbara Sass podjęła temat resocjalizacji?
Nie to jeszcze nie to pytanie.
- Szkoda, ze nie ma z nami Basi. Nie mogła przyjechać. Wydaje mi się, ze to temat tak ważny, iż mógł ją zafrapować. A nie mieliśmy dotąd zbyt wielu filmów fabularnych obracających się w tej tematyce…Jest to w ogóle świetny materiał na film…
- A z czego się pani właściwie utrzymuje, pani Basiu?
Pan przy pierwszym stoliku nie daje za wygrana. Okaże się potem jednym ze świeżo nagrodzonych scenarzystów.
- Pan wyraźnie sugeruje, te z filmu nie można się utrzymać. To prawda. Jestem teraz wolnym strzelcem, od 8 lat nie związanym z żadnym teatrem. Gram swoje monodramy. Jest to jedyna forma teatralna, która pozwala mi realizować siebie. Sama jestem reżyserem, aktorem, opracowuję tekst...
Z podłogi podnosi się zakurzony młody człowiek. Widać, że ma ochotą mówić dłużej. I rzeczywiście.
- Mówimy o rolach filmowych Doroty, a ona jest przecież wspaniałą aktorką teatralną. Jej monodramy — „Tabu" czy „Utracona cześć Katarzyny Blum", z którymi objechała pół Polski, robiły wszędzie ogromne wrażenie. To był majstersztyk. Ale wróćmy do „Krzyku". To pierwszy film na koszalińskich spotkaniach (a mamy drugi dzień), o którym można mówić. Dobrze opowiedziany, prawdopodobny w rysunku bohaterów, trzymający w napięciu. I ty jesteś w nim, znakomita. Cieszę się, że wyszło, bo za najgorszy uważam twój pierwszy film — „Bez miłości", za dużo w nim mówisz przez telefon. A najlepszy jest zdecydowanie „Krzyk" - taki amerykański w sposobach inscenizowania. Czy ty też tak uważasz?
- Są dwie przeciwstawne opinie. Jedna głosi, iż najlepszy był nasz pierwszy obraz, tj. „Bez miłości", a inna, że odwrotnie. To zależy od osobistych upodobań widzów.
- A którą rolę cenisz najbardziej?
- Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Na pierwszą, w „Bez miłości", czekałam wiele lat. Ale nie miałam doświadczenia filmowego. W „Bez miłości" pokazywałam jeszcze siebie, swój sposób reakcji, chodzenia.. W „Debiutantce" chciałam uciec od tamtej roli, zamiast przeklinać mówiłam „przepraszam", nosiłam okulary, inaczej budowałam tą postać. Natomiast w „Krzyku" rola była najbardziej odległa ode mnie samej. Oczywiście jest jakiś wspólny mianownik, który łączy te filmy. Wszystkie opowiadają o młodych dziewczynach, które czegoś chcą, o coś walczą. Ale najwięcej pracy włożyłam w postać Marianny w tym ostatnim filmie. Trzeba było pomyśleć nawet o szczegółach. Np. jak ma żuć gumę, łapać jabłko, otwierać butelką z piwem. Kiedy się zakochuje, staje się kobietą. Zmienia więc spodnie na spódnicą, we włosy wkłada kolorowy grzebyk i już jest miła. Staje się po swojemu subtelna - to wszystko trzeba było opracować.
- Świetną rolę stworzyła Iga Cembrzyńska grająca pani matkę, prostytutkę. Jak się z nią pracowało?
- Wspaniale, to znakomita aktorka. Taka rola jest zresztą szalenie atrakcyjna. My nie lubimy grać słodkich panienek...
- A co pani dziś myśli o roli Ordonki w filmie „Miłość ci wszystko wybaczy" uznanej za nieudaną?
- Nie lubię mówić o tej roli, choć dała mi bardzo cenne doświadczenie. Musiałabym mówić o tym, czy grałam rzeczywiście Ordonkę? Jak film realizowaliśmy? A nie o to chodzi. Powtarzam: to było ważne doświadczenie, mogłam być na ekranie kimś innym...
I wreszcie najoryginalniejsze pytanie.
Czy tytułowy krzyk jest pani własnym głosem?
- Tak. To była jedną z trudniejszych scen, bo trwa aż półtorej minuty i cały czas się jest na bebechach. Na bebechach...