Dorota StalińskaPrasalata 80 - te

Trzeba być silnym

Nie tak dawno w sferze biznesu poniosła pani porażkę. Kierowana przez panią agencja po prostu splajtowała.

Problem w tym, że nie ma w naszym kraju menedżerów, a więc osób, które zabiegałyby o interesy aktorów, czy ludzi sztuki w ogóle, Na Zachodzie każdy aktor ma swego agenta, u nas natomiast o wszystko zabiegać trzeba samemu. Tak więc i ja już od ośmiu lat zajmuję, się wyłącznie własnymi intere­sami.

I dlatego utworzyła pani jednoosobową agencję? Jak zatem dyrektor Stalińska do­gadywała się z aktorką Stalińską?

Kiedy stałam się swoja własną dyrek­torka agencja przestała mieć rację bytu.

I wtedy pojawił się „Puls".

Tak. Przyłączyłam się do „Pulsu" z na­dzieją, że ta właśnie agencja da mi w końcu szansę zorganizowania czegoś w charakterze impresariatu. Jestem kierownikiem artysty­cznym tej spółki, odpowiadam między inny­mi za kształt przygotowywanych przez nas koncertów.          

Gdzie zatem czas dla sztuki aktorskiej?

On się musi znaleźć. I znajduję go. Po­winnam natomiast więcej odpoczywać. Muszę mieć również czas na myślenie, czytanie, dokształcanie. Wszystko więc robię w tempie. Ale, nie narzekam. Wybrałam przecież samodzielną drogę. I był to wybór świadomy.

Czy w tej samotnej wędrówce czuje się pani rzeczywiście dobrze? Czy „robienie" wy­łącznie monodramów nie pozbawia panią innych doświadczeń aktorskich?

W teatrze pracowałam sześć lat. To jest bardzo dużo, to więcej niż polowa, mojej do­tychczasowej pracy. I przez te wszystkie lata nie miałam ani świąt ani wolnych dni
Grałam, ciągle grałam, a moje role były przecież różnorodne.

Role, które ustawiali reżyserzy. Tymczasem osobliwość teatru jednego aktora polega na tym, że to właśnie, aktor pozostaje sam wobec publiczności, zdany wyłącznie na siebie, że ponosi pełną odpowiedzialność za swoje przedstawienie.

Monodram jest najbardziej twórczą dziedziną mojej pracy zawodowej. Jestem przecież aktorem, reżyserem, scenografem, choreografem, kostiumologiem w jednej oso­bie. I oczywiście od początku do końca ponoszę pełna odpowiedzialność za swoj teatr.

Trzeba umieć zająć publikę; „Entuzjazm jest, jeśli aktor umie na tych strunach za­grać jak na harfie" — mawiał Wyspiański.

To bardzo trudne utrzymać widza w napięciu przez godzinę, skupić uwagę wyłą­cznie na sobie. Stąd i teatrów jednego aktora jest u nas niewiele. Bo aby stworzyć taki teatr trzeba mieć COŚ do powiedzenia. A skoro się ma i wie - wówczas można zna­leźć formę, poprzez którą swoją myśl przeniesie się na drugą stronę rampy. Pierwszy swój spektakl zrobiłam już w rok po ukoń­czeniu PWST. Odczuwałam wówczas potrze­bę mówienia.

Potem zawsze mówiła pani ustami ko­biet uwikłanych w sieć więzów, nakazów moralnych, uprzedzeń.

No bo przecież jestem kobietą. A to, co mnie interesuje — to przekazanie prawdy o człowieku w ogóle, prawdy wobec konieczności wyboru. Interesuje mnie człowiek uwi­kłany w miłość, nienawiść, brzydotę i pięk­no — takie poplątanie. Przecież te rzeczy, które buduję są osadzone w konkretnej rzeczywistości.

Dlatego pani monodramy są tak bliskie ludziom. Widownia w jakiś sposób identyfi­kuje się z pani bohaterkami, odnajduje w nich cząstkę swego życia.

To jest chyba największym sukcesem każdego monodramu.

Na swój sukces zapracowała pani wy­łącznie sama.

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, gdyż mogłabym dojść do smutnego wniosku, że samotność tworzenia jest w sumie okrop­na. Uważam, że we wszystkich twórczych za­wodach potrzebne jest coś, co nazywamy szczęściem. Nie jestem przesądna, ale wierzę w opatrzność, która za mną chodzi od lat i która chroni mnie przed ewentualnymi pomyłkami. To, co dotychczas zrobiłam zawdzięczam i so­bie i różnym szczęśliwym zbiegom okolicz­ności. Spotykam na drodze wspaniałych lu­dzi, mam możliwość skonfrontowania tego, co robię. Jedną z sił do pracy jest wyczuwalna przeze mnie sympatia publiczności, sympatia ludzi, którzy mnie otaczają.

„Moja siła polega na tym, że umiem się podnosić" — to pani życiowe credo, ów cytat znajduje również honorowe miejsce w pa­ni mieszkaniu.

Należy go odczytywać w przenośni, ale także i dosłownie. Owe credo dotyczy moich życiowych przygód. Miałam kiedyś poważny wypadek samochodowy: zwichnięty kręgosłup, oderwany mostek, kilka połamanych żeber... Lekarze rokowali mi inwalidzki wózek. A jednak - po kilku miesiącach nosiłam na rę­kach Majchrzaka w jednym ze spektakli. Wie pani, to jest siła jogi, którą uprawiam od lat. Bo to właśnie joga przywróciła mnie do życia.

I pewnie jest pani urodzona w czepku.

Podobno w niedzielę.

Skąd w takim razie tyle w pani zapału do pracy?

Tak już jestem skonstruowana, że bez pracy nie bardzo umiem żyć. Jestem poza tym uparta i jeżeli coś sobie wbiję do głowy to uparcie do tego celu dążę. Myślę, że moto­rem działania ludzkiego jest również siła psychiczna człowieka

A w przypadka zawodu aktora, ta siła jest potrzebna szczególnie.

Tak, bo jest to zawód, który męczy psy­chicznie, dlatego trzeba być silnym by prze­trwać. Jest cała rzesza aktorów dobrych, których nikt nie zna. I to jest dramat tych ludzi. Choć z drugiej strony uważam, że sukces jest dużo większym stresem.

W tym zawodzie sukces oznacza popularność, a sława — według Rilkego — to publiczna rozbiórka czegoś tworzącego się, na któ­rego plac wdziera się tłuszcza przesuwając mu kamienie.

Tak, bo aktor poprzez sukces zostaje ob­nażony. Potem zaczyna się walka o utrzyma­nie tego sukcesu, o potwierdzenie jego wartości. Długo można by dyskutować o istocie aktorstwa. Jestem na przykład wrogiem określenia, że jakoby aktor grywał siebie. To nieprawda, gdyż nikt z nas nie sprzeda sie­bie do końca. Bohaterowie, których kreujemy są zlepkiem naszych doświadczeń, ale także i wyobraźni. Dla mnie najciekawsza w tym zawodzie jest możliwość wcielenia się w życie tysiąca odmiennych od siebie postaci. Bo na pewno każdy człowiek chciałby, choć raz w życiu, odbić się od siebie i być kimś innym.

 

Trzeba być silnym, by przetrwać
Gazeta Lubuska
1980
Rozmawiała: Danuta Mystakowska