Ma ostre rysy, agresywny makijaż, nonszalanckie ruchy i wygląda atrakcyjnie z tą swoją czarną cygaretką w ustach. Wyzywające stroje i kumplowski styl bycia przyciągają uwagę mężczyzn, zjednują sympatię, wszędzie i zawsze ułatwiają przełamanie pierwszych lodów. Jedna z wielu tych emancypantek amantek, co to własne dziecko upcha u mamuni, bo mieszkanko musi być wolne i do dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na dobę. Z taką warto się przespać, ale nigdy żenić. Ma jednego lub kilku dobrych wujków, którzy sfinansują, pożyczą i wszystko mogą, tylko nie mogą być pewni jej stałości. Ona sama też zresztą nie... Bo ona jest w drodze, rozwija się intelektualnie, robi karierę... Jej życie to nieprzerwane pasmo barwnych przygód.
Czerń nocy przecinana jaskrawym światłem reflektorów, wizg opon hamującego samochodu, cichnący dźwięk milicyjnego sygnału, krzyki i jakaś bójka w hałdach piachu, których kontury rozmazują się w ciemności. Błyski flesza wyrywają z mroku obraz szamotaniny półrozebranej kobiety z mężczyzną, który próbuje uciekać. Za chwilę ten sam flesz rozświetli miejsce czołowego zderzenia dwóch samochodów koło dworca Centralnego. „I po co pani to robi, przecież tego i tak nikt nie opublikuje?" – z wyrozumiałością w głosie pyta kierowca milicyjnej karetki wyciągniętą na tylnym siedzeniu fotoreporterkę stołecznej popołudniówki. „Nie szkodzi, ja to lubię" - odpowiada Ewa i jeszcze głębiej wciska się w poduszki oparcia, robiąc minę sytej wrażeń i zadowolonej z siebie osoby. W następnej sekwencji łka cicho, skulona i bezradna w za dużym małżeńskim łożu -samotna. A potem prochy i z nowym biglem w nowy dzień. „Trzeba być silnym, bo tylko takich kochają".
Barbara Sass czuje kino. Widać to już od pierwszych sekwencji. Szybkie tempo akcji, atrakcyjna bohaterka, zaskoczenia, niespodzianki i to cały czas wiszące w powietrzu niby suspens: „a może wcale nie jest tak, jak się państwu wydaje?". To wszystko trzyma widza w napięciu i powinno zapewnić filmowi sukces w rozpowszechnianiu. Jak na pełnometrażowy debiut kinowy, robota, że palce lizać. Ale tylko jak na debiut, bo przy próbie głębszej analizy, kiedy się człowiek już uwolni spod wrażenia rozwibrowanej, emocjonalnej faktury filmu, wyglądu i kształtu ekranowych zdarzeń, całe przesłanie myślowe dzieła okazuje się ubożuchne.
Bo o czymże jest ten film? O wściekłej aktywności zawodowej kobiety, która przeżywszy tragedię uczuciową dalej postanawia już żyć bez miłości. Chce być silna, niezależna i wszelkimi metodami dąży do zdobycia takiej pozycji. Nie liczą się sentymenty; kolejnych mężczyzn, z którymi się przesypia, traktuje jedynie jako szczeble do sławy grodu. Jeden pomoże, drugi ułatwi, trzeci zaproteguje. Ale czy rzeczywiście to uniezależnienie się jest jedynym jej celem? Oczywiście nie; ta gorączkowość, z jaką zaczyna zabiegać o wyjazd do Rzymu, gdzie jako samodzielny korespondent mogłaby zaimponować ojcu swego dziecka, który tak brutalnie odtrącił ją kilka lat temu, sugeruje coś innego. Potwierdzają to zresztą liczne telefony (pronto Roma) i chwila szczerości z eks koleżanką, które dowodzą ponad wszelką wątpliwość, że Ewa wciąż kocha tego słodkiego łobuza. I do Rzymu nie pojechałaby, żeby mu pokazać, ale po to, żeby odzyskać jego uczucia. Jeśli zaś jest tak właśnie, to jej życie bez miłości określić należy trafniej: życie dla miłości. Zaś jej metody działania, to swoiste „z zimną krwią", są niczym innym, jak współczesną wersją starego jak świat motywu wszystkich romansów: o mój wymarzony, ja dla ciebie zrobię wszystko, pójdę nawet na ulicę, tylko wróć!
Ta zmiana motywacji działania ma swoje głębsze konsekwencje. Bo to, co na początku przyjmujemy jako działania bohaterki wyzbytej wszelkich złudzeń, metodycznie i pragmatycznie realizującej cel, który nie wymaga żadnych dodatkowych uzasadnień, okazuje się na koniec środkiem służącym do realizacji innego celu. I to tak dokładnie różnego, że można zwątpić w te liczne pozytywne cechy jej charakteru i zawodowe pasje, które uprzednio sklasyfikowaliśmy jako wartościowe. Wszystko staje się względne. Może całą jej reporterską dociekliwość w tropieniu społecznego zła, które ujawnia na łamach poczytnego tygodnika, walkę o prawdę i nazywanie po imieniu sprawców rozmaitych nadużyć opisywanych w reportażach także trzeba uznać jako działalność koniunkturalną. Że właściwie dobro sprawy guzik ją obchodzi, a cała ostrość i agresywność jej publicystyki obliczona jest jedynie na szybkie zwrócenie na siebie uwagi tych, od których zależy jej kariera?
Ewę porównywano do wodzireja z filmu Falka. Pomyłka. Dla Lutka Danielaka zrobienie kariery jest celem samym w sobie. W związku z tym wszelkie jego łajdactwa można sklasyfikować jednoznacznie i bezapelacyjnie. Tymczasem cała Ewy metoda na życie, twarda i bezwzględna, bez jakichkolwiek zahamowań moralnych, służyć ma w końcu pięknemu celowi - odzyskaniu utraconej miłości. Powiedział ktoś po projekcji filmu, że to kobiece kino. Oj tak, nic dodać, nic ująć. Reżyserka zresztą sama w wywiadach podkreśla, że nie taki znów cynik z Ewy, broni jej. Ale jakże atakować kogoś, kogo osłania kurtyna uczuciowej charyzmy.
W świecie, w którym nie ma żadnych wartości trwałych, podważanie sensu tego pięknego uczucia jest zajęciem dość absurdalnym. Założenia romansu opartego na schemacie: on kocha, ona nie kocha lub vice versa, przetrwały niewolnictwo i feudalizm, przetrwają i kapitalizm, socjalizm oraz co tam jeszcze będzie.
Do reżyserki mam właściwie żal o to, że sama sobie zaszkodziła, nie domyślając do końca własnych słusznych założeń. Szukała - o czym zresztą także mówi w wywiadach - sposobu przezwyciężenia publicystycznych ograniczeń typowych np. dla nurtu niepokoju moralnego, zajętego precyzyjną wiwisekcją struktury naszego życia społecznego. Kino zaś jest dramatem namiętności. Spróbowała tedy połączyć te dwie płaszczyzny. Stąd w jej filmie tyle tętniących życiem autentycznych sytuacji i problemów - to łapówkarstwo w szpitalu, ta ponura rzeczywistość hoteli robotniczych, te wreszcie metody na życie, które prezentuje Ewa. Synteza się jednak nie udała. Bo w życiu są i te hotele, i szpitale, jakie znamy; są też i metody na życie, że strach myśleć, tylko nikomu się one nie kojarzą z miłością, zwłaszcza wielką, nawet z tragedią miłosną.
To są jakby dwa różne porządki rzeczy. Sztuczne ich łączenie w oczywiste zależności, to znaczy dowodzenie, że życie „bez miłości" to efekt przeżytego zawodu lub odwrotnie (jak np. w „Amatorze"), że rozpadanie się miłości jest efektem komplikacji życiowych, prowadzi do uproszczeń. Tymczasem i ten model postępowania Ewy w stylu „żyć aby żyć" nie należy do rzadkości i wielkie namiętności także się zdarzają. To skrzyżowanie postawy skrajnego cynizmu i miłosnej tragedii jest możliwe, ale przypadkowe. Styl życia jest faktem socjologicznym i „klucz miłosny" nie tylko nic tu nie wyjaśnia, ale wręcz zaciemnia właściwe psychologiczne i społeczne uwarunkowania zjawiska. Nie oszukujmy się, film „Bez miłości" zaczynamy oglądać w konwencji socjologicznego portretu społecznie aktualnej postawy życiowej, którą notabene Dorota Stalińska swą grą i wyglądem uwiarygodnia wręcz rewelacyjnie, kończymy zaś - delikatnie mówiąc - w rejonach dość dalekich od współczesności.
Wielkie uczucia są potrzebne i w życiu, i w filmie; w życiu pojawiają się one rzadko i przypadkowo, w filmie częściej, ale w ambitnym filmie i tak dobrze zrealizowanym jak „Bez miłości" wielkie namiętności nie powinny pojawiać się przypadkowo, bez precyzyjnego, głębokiego i organicznego związku z resztą fabularnych zdarzeń.