Dorota StalińskaPrasalata 80 - te

Z miłości

Ma ostre rysy, agresywny ma­kijaż, nonszalanckie ruchy i wygląda atrakcyjnie z tą swoją czarną cygaretką w ustach. Wyzywające stroje i kumplowski styl bycia przyciągają uwagę mężczyzn, zjednują sympatię, wszędzie i zawsze ułatwiają przełamanie pierwszych lodów. Jedna z wielu tych emancypantek amantek, co to własne dziecko upcha u mamuni, bo miesz­kanko musi być wolne i do dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na dobę. Z taką warto się przespać, ale nigdy żenić. Ma jednego lub kilku dobrych wujków, którzy sfinansują, pożyczą i wszystko mogą, tylko nie mogą być pewni jej stałości. Ona sama też zresz­tą nie... Bo ona jest w drodze, rozwija się intelektualnie, robi karierę... Jej życie to nieprzerwane pasmo barw­nych przygód.

Czerń nocy przecinana jaskrawym światłem reflektorów, wizg opon ha­mującego samochodu, cichnący dźwięk milicyjnego sygnału, krzyki i jakaś bójka w hałdach piachu, któ­rych kontury rozmazują się w ciem­ności. Błyski flesza wyrywają z mroku obraz szamotaniny półrozebranej ko­biety z mężczyzną, który próbuje ucie­kać. Za chwilę ten sam flesz rozświetli miejsce czołowego zderzenia dwóch samochodów koło dworca Centralne­go. „I po co pani to robi, przecież tego i tak nikt nie opublikuje?" – z wyrozu­miałością w głosie pyta kierowca mili­cyjnej karetki wyciągniętą na tylnym siedzeniu fotoreporterkę stołecznej popołudniówki. „Nie szkodzi, ja to lu­bię" - odpowiada Ewa i jeszcze głę­biej wciska się w poduszki oparcia, robiąc minę sytej wrażeń i zadowolo­nej z siebie osoby. W następnej sek­wencji łka cicho, skulona i bezradna w za dużym małżeńskim łożu -samot­na. A potem prochy i z nowym biglem w nowy dzień. „Trzeba być silnym, bo tylko takich kochają".

Barbara Sass czuje kino. Widać to już od pierwszych sekwencji. Szybkie tempo akcji, atrakcyjna bohaterka, za­skoczenia, niespodzianki i to cały czas wiszące w powietrzu niby suspens: „a może wcale nie jest tak, jak się państwu wydaje?". To wszystko trzyma widza w napięciu i powinno zapewnić filmowi sukces w rozpowszechnianiu. Jak na pełnometrażowy debiut kino­wy, robota, że palce lizać. Ale tylko jak na debiut, bo przy próbie głębszej analizy, kiedy się człowiek już uwolni spod wrażenia rozwibrowanej, emo­cjonalnej faktury filmu, wyglądu i kształtu ekranowych zdarzeń, całe przesłanie myślowe dzieła okazuje się ubożuchne.

Bo o czymże jest ten film? O wściek­łej aktywności zawodowej kobiety, która przeżywszy tragedię uczuciową dalej postanawia już żyć bez miłości. Chce być silna, niezależna i wszelkimi metodami dąży do zdobycia takiej po­zycji. Nie liczą się sentymenty; kolej­nych mężczyzn, z którymi się przesy­pia, traktuje jedynie jako szczeble do sławy grodu. Jeden pomoże, drugi ułatwi, trzeci zaproteguje. Ale czy rze­czywiście to uniezależnienie się jest jedynym jej celem? Oczywiście nie; ta gorączkowość, z jaką zaczyna zabie­gać o wyjazd do Rzymu, gdzie jako samodzielny korespondent mogłaby zaimponować ojcu swego dziecka, który tak brutalnie odtrącił ją kilka lat temu, sugeruje coś innego. Potwier­dzają to zresztą liczne telefony (pronto Roma) i chwila szczerości z eks koleżanką, które dowodzą ponad wszel­ką wątpliwość, że Ewa wciąż kocha tego słodkiego łobuza. I do Rzymu nie pojechałaby, żeby mu pokazać, ale po to, żeby odzyskać jego uczucia. Jeśli zaś jest tak właśnie, to jej życie bez mi­łości określić należy trafniej: życie dla miłości. Zaś jej metody działania, to swoiste „z zimną krwią", są niczym in­nym, jak współczesną wersją starego jak świat motywu wszystkich roman­sów: o mój wymarzony, ja dla ciebie zrobię wszystko, pójdę nawet na ulicę, tylko wróć!

Ta zmiana motywacji działania ma swoje głębsze konsekwencje. Bo to, co na początku przyjmujemy jako działania bohaterki wyzbytej wszel­kich złudzeń, metodycznie i pragma­tycznie realizującej cel, który nie wy­maga żadnych dodatkowych uzasad­nień, okazuje się na koniec środkiem służącym do realizacji innego celu. I to tak dokładnie różnego, że można zwątpić w te liczne pozytywne cechy jej charakteru i zawodowe pasje, które uprzednio sklasyfikowaliśmy jako wartościowe. Wszystko staje się względne. Może całą jej reporterską dociekliwość w tropieniu społeczne­go zła, które ujawnia na łamach po­czytnego tygodnika, walkę o prawdę i nazywanie po imieniu sprawców roz­maitych nadużyć opisywanych w re­portażach także trzeba uznać jako działalność koniunkturalną. Że właś­ciwie dobro sprawy guzik ją obchodzi, a cała ostrość i agresywność jej publi­cystyki obliczona jest jedynie na szyb­kie zwrócenie na siebie uwagi tych, od których zależy jej kariera?

Ewę porównywano do wodzireja z filmu Falka. Pomyłka. Dla Lutka Da­nielaka zrobienie kariery jest celem samym w sobie. W związku z tym wszelkie jego łajdactwa można skla­syfikować jednoznacznie i bezapela­cyjnie. Tymczasem cała Ewy metoda na życie, twarda i bezwzględna, bez jakichkolwiek zahamowań moralnych, służyć ma w końcu pięknemu celowi - odzyskaniu utraconej miłoś­ci. Powiedział ktoś po projekcji filmu, że to kobiece kino. Oj tak, nic dodać, nic ująć. Reżyserka zresztą sama w wywiadach podkreśla, że nie taki znów cynik z Ewy, broni jej. Ale jakże atakować kogoś, kogo osłania kurty­na uczuciowej charyzmy.

W świecie, w którym nie ma żadnych wartości trwałych, podważanie sensu tego pięknego uczucia jest zajęciem dość absurdalnym. Założenia romansu opartego na schemacie: on kocha, ona nie kocha lub vice versa, prze­trwały niewolnictwo i feudalizm, prze­trwają i kapitalizm, socjalizm oraz co tam jeszcze będzie.

Do reżyserki mam właściwie żal o to, że sama sobie zaszkodziła, nie domyślając do końca własnych słusz­nych założeń. Szukała - o czym zresztą także mówi w wywiadach - sposobu przezwyciężenia publicystycznych ograniczeń typowych np. dla nurtu niepokoju moralnego, zajętego precy­zyjną wiwisekcją struktury naszego życia społecznego. Kino zaś jest dra­matem namiętności. Spróbowała tedy połączyć te dwie płaszczyzny. Stąd w jej filmie tyle tętniących życiem au­tentycznych sytuacji i problemów - to łapówkarstwo w szpitalu, ta ponura rzeczywistość hoteli robotniczych, te wreszcie metody na życie, które pre­zentuje Ewa. Synteza się jednak nie udała. Bo w życiu są i te hotele, i szpi­tale, jakie znamy; są też i metody na życie, że strach myśleć, tylko nikomu się one nie kojarzą z miłością, zwłasz­cza wielką, nawet z tragedią miłosną.

To są jakby dwa różne porządki rze­czy. Sztuczne ich łączenie w oczywis­te zależności, to znaczy dowodzenie, że życie „bez miłości" to efekt przeży­tego zawodu lub odwrotnie (jak np. w „Amatorze"), że rozpadanie się mi­łości jest efektem komplikacji życio­wych, prowadzi do uproszczeń. Tym­czasem i ten model postępowania Ewy w stylu „żyć aby żyć" nie należy do rzadkości i wielkie namiętności także się zdarzają. To skrzyżowanie postawy skrajnego cynizmu i miłosnej tragedii jest możliwe, ale przypadko­we. Styl życia jest faktem socjologicz­nym i „klucz miłosny" nie tylko nic tu nie wyjaśnia, ale wręcz zaciemnia właściwe psychologiczne i społeczne uwarunkowania zjawiska. Nie oszukujmy się, film „Bez miłości" zaczynamy oglądać w konwencji socjologicznego portretu społecznie aktualnej po­stawy życiowej, którą notabene Doro­ta Stalińska swą grą i wyglądem uwia­rygodnia wręcz rewelacyjnie, kończy­my zaś - delikatnie mówiąc - w rejo­nach dość dalekich od współczes­ności.

Wielkie uczucia są potrzebne i w ży­ciu, i w filmie; w życiu pojawiają się one rzadko i przypadkowo, w filmie częściej, ale w ambitnym filmie i tak dobrze zrealizowanym jak „Bez miłoś­ci" wielkie namiętności nie powinny pojawiać się przypadkowo, bez precy­zyjnego, głębokiego i organicznego związku z resztą fabularnych zdarzeń.

 

Z miłości
Czesław Dondziłło
rok 1980