Dorota StalińskaDorota i InniWspomnienia

Za kulisami

Znalezione gdzieś na stronach sieci wspomnienia z 2004 roku… To tak z okazji Twoich Dorotko urodzin. Wszystkiego NAJS i słońca bez końca. Buziaki. Becia.  

 

Za kulisami Doroty Stalińskiej  

Od lat współpracujesz z jedną z najlepszych polskich aktorek, ale dopiero teraz po premierze sztuki „Love me tender” (Teatr Komedia) w reżyserii i z udziałem Doroty Stalińskiej, mówisz o tym głośno.

- Zdałam właśnie egzamin dojrzałości. (śmiech) A poważnie. To najlepsza szkoła jaką ja i kilka innych osób mogło ukończyć w życiu. Szkoła pokory i asertywności. Przyjaźni i profesjonalizmu.  

Jesteś dziennikarką. Pracowałaś jako researcher, rzecznik prasowy, PR manager, a od kilku lat zajmujesz się też kierownictwem produkcji.

- Niezależność jest dobrodziejstwem, ale i przekleństwem. Proporcje zależą od kondycji fizycznej i psychicznej w danej chwili. Tylko ktoś, kto ma wewnętrzną samodyscyplinę może uprawiać strzelectwo w stylu wolnym. Wtedy daje to wachlarz możliwości, jak chociażby praca przy realizacji spektaklu teatralnego.  Miałam w życiu wielkie szczęście do ludzi, którzy mi zaufali i we mnie uwierzyli. Dzięki nim zdobyłam coś bezcennego, doświadczenie. Kończąc szkołę średnią miałam mnóstwo pomysłów. Jednym z nich było aktorstwo. Wtedy po raz pierwszy spotkałam się oko w oko z Dorotą Stalińską. Mówiąc krótko, usłyszałam: „Jeśli umiesz robić w życiu coś lepiej niż grać, to zajmij się tym”. To była najkrótsza recenzja mojego aktorstwa. Nie miałam wyjścia. (śmiech)  

Stanęłaś po drugiej stronie lustra. Wybrałaś dziennikarstwo.

- Po drugiej stronie lustra też albo grasz z kimś albo przeciwko komuś. Wynik zależy od elementu zaskoczenia. W pracy interesuje mnie proces tworzenia od pomysłu, przez realizację do efektu końcowego. Dopóki mam coś do powiedzenia, jestem. Idę dalej, gdy poczuję, że coś się wypaliło, że już się nie rozwijam. Dziennikarstwo, na szczęście daje możliwość sprawdzenia się na wielu płaszczyznach. Redaktor Janusz Budzeń był tą osobą, u której zdałam egzamin praktyczny. Pierwszy tekst, pierwsza publikacja. Pewnego dnia wykręciłam numer telefonu Doroty Stalińskiej. Powiedziałam „dzień dobry”, przedstawiłam się i umówiłam na wywiad. Dzisiaj spotykamy się przy wielu projektach aktorskich jak i tych związanych z działalnością fundacji „Nadzieja”. Za każdym razem to nowe doświadczenie, nowe emocje, nowe środki wyrazu, nowe smaki.  

Dorota Stalińska uchodzi za trudnego rozmówcę. Jak młodej dziennikarce udało się zainteresować wybitną aktorkę współpracą?

- Dorota nie jest trudnym rozmówcą. Jest rozmówcą wymagającym, a to niewątpliwie zaleta. Nobilituje. Mobilizuje do zadania sobie trudu przygotowania się do rozmowy. Dorota jest uczulona na ignorancję. Irytuje ją nierzetelność i nieodpowiedzialność. Przed naszym pierwszym zawodowym spotkaniem spędziłam kilka godzin w ZASP-ie, czytając uważnie dokumentację prasową. Poza tym od wielu lat Dorota inwestuje swój czas i wiedzę w projekty młodych, niebanalnych, kreatywnych ludzi. Zawsze podaje rękę i daje szansę sprawdzenia się. Nasza współpraca nie jest wpisana w żadne ramy. Opiera się na wzajemnym zaufaniu i poznaniu możliwości i osobowości każdej z nas. A przede wszystkim na pasji, jaką jest teatr.  

Możesz powiedzieć: znam Dorotę Stalińską?

- Znam na tyle, na ile pozwala się poznać. Zresztą jak każdy z nas daje się poznać innym ludziom. Zawsze pozostawiamy sobie margines nienaruszalności, prywatności, tajemniczości. Znam na tyle, aby obiektywnie skrytykować czy docenić, doradzić. Najważniejsze to umieć słuchać, rozmawiać i realizować pomysły.  

Jaka jest Dorota Stalińska jako szefowa?

- Czyja, swoja? (śmiech) Dorota Stalińska jest Firmą. Jest producentem, dyrektorem, managerem, księgową, sekretarką, kierowcą, reżyserem i aktorem własnego Teatru Blue Art. Od lat wynajmuje największe teatry w Polsce. Jest konkretna, konsekwentna i nie boi się ryzyka. Do premiery „Love me tender” przygotowywała się od roku. Półśrodki i miałkości nigdy jej nie interesowały. Po ośmiu latach od premiery „Zgagi” znalazła w końcu na tyle interesujący tekst, aby zmierzyć się z jego adaptacją sceniczną. Podjęła wyzwanie, jakim dla reżysera jest odpowiedzialność na scenie za swoją rolę, ale również za równorzędną rolę, partnerującej jej Joasi Koroniewskiej.  

Czym się kierujesz wybierając tak różnorodne projekty do realizacji?

- Smakiem. Nienasycenie jest smakiem zdecydowanie ciekawszym od zachłyśnięcia. Nienasycenie, to stan, w którym zawsze można coś dopowiedzieć.

Beata Banasiewicz